— Gdzie ta pociecha dla mnie! — wyrzekł po chwili. — Orwidów nie ma!
— Przyjadą! — wymówiła z mocą. — Niezadługo będą!
Podniósł głowę, smuga ożywienia i zajęcia zabłysła mu w oczach.
— Kto ciotce mówił? — zagadnął.
— We śnie ich widziałam! Nieopodal byli, a szli szparko73. Zobaczysz, nie upłynie rok, a wyzwolą cię!
— Tere-fere! Sen mara! — zaśmiał się Ragis. — Ot, lepiej chodź do obory, pokażę ci z latarnią, jakie u nas cielęta dał Bóg na kolędę. Klacz także zrobiła niespodziankę. Źrebak jest jak malowany. Chodź!
Rozproszyło to nieco smutne myśli. Stary istotnie czary znał chyba. W każdym kącie widać było ład i dostatek, z chaty panna Aneta zrobiła czyste, schludne mieszkanko. Zapas był w śpiżarni i stodółce, bydło utrzymane na pokaz, a szkapy Grenisa parskały wesoło nad pełnym żłobem.
Przepowiednia ciotki i widok przeistoczonej zagrody napełniły otuchą Marka. Przez ten rok wypłacił macosze i Witoldowi sporą sumę, dokupił ziemi, nie żałował pieniędzy na to wydanych, grosz dla niego nie był celem, był tylko środkiem wszechpotężnym. Nazywano go chytrym i skąpym, a on był tylko skryty i wytrwały. Od dziecka miał jedną myśl i pragnienie: utrzymać ziemię, jeden strach: dać ją sobie wydrzeć! Z drogi raz obranej nie schodził na cal, nie ustawał na minutę.
Kazimierz tymczasem rozgościł się w Poświciu! Dużo spał i pił, a w przerwach czytał gazety, opowiadał swe tryumfy lub pytał brata:
— Duszo moja, cóż będzie z moim „dziełem74”?