— Ale jak je stąd wydostać? — pytał Orlik.

— Wysuszymy na miejscu! Palcie ognisko! — zakomenderował Odrowąż.

Wedle jego instrukcji wykopano szeroki a płaski rów i zapalono w nim ogień. Stary pozostał, by go pilnować i zasilać, a oni się rozpierzchli, żeby zbadać cały ostęp.

Rosomak z młodej sosny zrobił prymitywną drabinę i dostał się do barci. Pantera z chłopcami zaszył się w gąszcze, i wnet z triumfem przynieśli dwa — już puste — remizowe gniazda. Żuraw wydostał się na dalsze halizny błotne i znalazł kolonię kwiczołów, kilkadziesiąt gniazd w brzozach i chmarę ptaków żerujących na jemiołach.

Rosomak, znalazłszy pszczoły syte, bogate i bardzo wojownicze, ruszył też na wyprawę.

Skoczył za nim Orlik.

— Wuju, mrzemy razem pójść?

Skinął głową Rosomak. Zaszyli się w gąszcze i chłopak mówił szeptem:

— Jakoś mi tu dziwnie! Inaczej niż tam, u nas. Jakbym był w kościele. I cisza tu inna.

— Chram natury! Rzadko i dawno tu ludzie bywali. Zauważyłeś też szczeliny w gąszczu? To łosie i sarnie ścieżki. Idźmy cicho, milczkiem, możemy coś pięknego zobaczyć.