Wyszli z izby i obsiedli dębową podwalinę.
— Jak w kwietniu! Pamiętacie? — rzekł Pantera.
Polana była przesycona srebrem miesiąca, a drzewa stały we mgle jak nieziemskie zjawisko.
Tylko cisza i skupienie, i wielka powaga panowały nad nocą jesienną. Wszystko co żywe skupiało się i taiło siły, by przetrwać do nowego zmartwychwstania, by przeżyć pozorną śmierć.
Tak było cicho, że słychać było spadanie liści, które się słały po ziemi na ochronę mocy odrodzenia, zawartej w korzeniu; i szelest robaczka, co rył sobie pod korą kryjówkę, by ożyć w niej na wiosnę.
Milczeli i ludzie, też o przetrwaniu myśląc; tylko Rosomak, w dal srebrną zapatrzony, miał oczy promienne i czasami drgnęły mu wargi wewnętrznym słowem.
Trącił go Żuraw w ramię.
— Mów! — szepnął.
Cicho i powoli zaczął, jakby z głębi duszy wyrywały się myśli i skrępowane ubóstwem wyrazów szukały dla uczuć dźwięku.
— Pozdrowiony bądź, Mistrzu cudów piękna i mądrości, Stworzycielu! Tyś jest tu z nami w każdym kształcie, dźwięku, woni i z Tobą myśmy to lato przebyli. Niech Ci będą dzięki za dzień każdy i za każdą chwilę, niech Ci będą dzięki, żeś nam otworzył oczy i uszy, by Twoje piękno zrozumieć i żyć nim jak chlebem. Niech Ci będą dzięki za zdrowie duszy i ciała, za słońce i zdrój, kwiat i jagodę, za znój i spoczynek, za pogodę naszych serc!