Obruszyło to panów ostępu.
— Uhu, uhu! — rozległo się ponuro, groźnie.
Czarny cień wysunął się z gąszczy, miękkie skrzydła musnęły go prawie w locie, zakołowało straszydło nad ogniem i popłynęło nisko nad topielą do lasu po łup. Po chwili drugi za nim podążył.
„Uhu, uhu!”. Unguibus et rostro92! Szponami i dziobem! Herbowa dewiza i bojowy zew! „Uhu, uhu!”.
Wyciągnięty przy ogniu Rosomak słuchał. Od puszczy grzmiał weselny, wiosenny chór: łkanie słowików, bełkotanie cietrzewi, pobekiwanie kozłów. Na bojowe hasło rabusia — zaledwie chwila ciszy i znowu radosne hymny młodego życia.
Nagle rozdarł powietrze krzyk bólu, grozy, śmierci — i znowu cisza.
— Zadarł93 zająca! — szepnął Rosomak.
Na niebo wypłynął księżyc. Mgły w jego widmowym świetle utworzyły korowody tańczących mar w gzłach powłóczystych. Żabie kapele im grały, powiew wiatru układał figury, grupy i koła.
Gdzieś daleko chlupnęła woda, coś zatętniło, zaklekotało, rozdarło korowód mgieł.
— Łoś idzie przez pohybelnik94! — szepnął Rosomak. — Dlatego nie ma topieli.