— Nie być rekrutem Coto! — zaśmiał się Pantera.

— No, to zrób parę chodaków, kosz na ryby, sidła na ptaszki, tysiąc rzeczy najłatwiejszych i prostych. Wierzę, że ci się nudzi, kiedy żyjesz w takim ludnym kraju, a ni mowy, ni obyczaju ludu nie znasz. Ba, nawet i nie odróżniasz jednego oblicza od drugiego. Chcesz, zadam ci siedem robót, a jak je skończysz, to ci obiecuję spełnić siedem twoich życzeń.

— Wuj się na mnie gniewa? — szepnął chłopak nieśmiało.

— Ani trochę. Rozumiem cię i chciałbym, żebyś się przemógł, ale krępować cię nie chcę. Tu wszystko żyje swobodnie i w górę, ku słońcu. Zanim Pantera ci te siedem robót wymyśli, chodź ze mną, pokażę ci tutejszy tłum. — Popatrzył na słońce i dodał: — Mamy półtorej godziny do południa.

Coto spojrzał na zegarek:

— Wuj ani o minutę nie chybił. To sztuka!

— Ja większą sztukę potrafię — rzekł Pantera. — Wódz musi na słońce spojrzeć, a ja tylko kiszek posłuchać. I wiem, na jakie idziesz widowisko. Wódz posadzi Eduarda czy Kunigondę na starku123, wleziecie pod szaterek124 i będziecie kuwiekać125 na ptaszki. Ja ci jutro pokażę podobne widowisko u wodopoju przy Tęczowym Moście.

Ruszyli. Rosomak spytał:

— Znalazłeś już dużo gniazd?

— Nie mam szczęścia. Łażę i łażę, drapię się na drzewa: znajduję puste.