— Pani Tekla powiedziała, że prędzej jej ręka uschnie, niż do Niemca napisze. Zna ją pan. Przy tym była okropnie gniewna.
— Cóż się stało?
— At, tegom się dawno spodziewał. Głębocki sprzedaje majątek. Wie pan, ten pan, co to był.
— Wiem, narzeczony pańskiej siostry.
— Właśnie. Zrujnowały go konie i zbytkowne budowle. Pan tego nie rozumie, jak w gospodarstwie trzeba być wyrachowanym, nie pozwalać sobie na żadne fantazje. Adam handlował końmi, zawsze ze stratą, i murował do końca: tak przyszło i do zguby. Do tego nasze nieszczęsne warunki... At, co tam opowiadać! Bieda — i koniec!
— Przecie mi pan mówił, że posag panny Jadwigi miał ratować fundusz.
— Et! Tej Jadzi nikt nie rozumie... Zresztą ten głupi Głębocki stracił resztę otuchy i energii. Zachorował ze zgryzoty. Odwiedziłem go. Ażem się zląkł, tak się zestarzał. — „Co ci?” — pytam. — „Zabiorą Niemcy Strugę!” — jęczy. — „To nie daj zabrać, czyś baba?” — „Ba, kiedy nie sposób ratować: długi prywatne i bankowe, i procesy!”.
Jan aż się zżymnął, potarł desperacko swą najeżoną czuprynę; hrabia usiadł obok niego i słuchał uważnie.
— Otóż — mówił dalej Chrząstkowski — wróciwszy napadłem na Jadzię: „Słuchaj, dziewczyno, ratuj ukochanego, bierzcie się, ślubujcie piękne rzeczy i płaćcie długi!”. Myśli pan, co się stało?
— Rozgniewała się!