Wymyli ręce w glinianej misie i obtarli grubym ręcznikiem.
— W Polsce uważają to za prognostyk kłótni — rzekła panna Jadwiga pierwszy raz wesoło.
— Wszystko, byle nie obojętność — odparł.
Wcisnął w dłoń kobiety garść srebra i wyszli przeprowadzeni błogosławieństwem.
Ledwie oddalili się na parę kroków, wpadły na dziedziniec sanki Jana. Na widok tych dwojga spacerujących tak poufale Jan zdumiał się.
— Stój! — krzyknął wyskakując. — Witam, witam!
— Tak prędko? — spytał Croy-Dülmen.
— Z Adamem krótka gawęda: albo milczy, albo słucha, zupełnie jak Jadzia. Nie znam dwóch istot bardziej do siebie podobnych. Spędziliśmy, hrabio, identycznie to poobiedzie, co? Słuchano i milczano.
— Co do mnie to się mylisz — wtrąciła panna Jadwiga. — Kiedy może mnie kto wyręczyć w bawieniu gości — chętnie milczę; ale będąc sama z kimś nie mogę czynić, co lubię, więc rozmawiam.
— Bardzo to dla mnie pochlebne — rzekł Wentzel pół żartem, pół serio. — Nigdy już nie nadużyję pani grzeczności, choćby na rozkaz babuni.