Nie można było jej uspokoić.

— Przyjadą na kulig — wmawiała Jadzia — nic im się nie przytrafi. Jan jest dobrym myśliwym, a hrabia nie wygląda na zagorzalca. Ujrzymy ich całych we środę.

— Moje dziecko, jesteś uosobieniem zimnej krwi. To wstyd w twoim wieku — gderała staruszka łagodnie.

Jadzia była u niej na specjalnych prawach.

Wreszcie nadeszła środa. Młodzi ludzie zjawili się weseli, z dobrymi minami, zaprzyjaźnieni w najlepsze, jakby się znali od szkolnej ławy.

— Przecie! — odetchnęła staruszka, patrząc to na wnuka, to na wychowańca z widocznym zadowoleniem.

Nie mieli ani ran, ani tyfusu.

— Czy jedziemy na kulig? — zawołał Jan z progu.

— Ot, co temu w głowie! — oburzyła się pani Tekla. — Cóż ze Strugą słychać, powiedz lepiej.

— Struga moja! — pochwalił się Wentzel. — Jestem poznańskim obywatelem.