— Ofiaruję się na niegodnego zastępcę.
— A za jaki miesiąc sam w jego ślady pójdziesz.
— Niech Bóg broni! Ślubuję celibat, a jeśli go złamię, to żonę będę trzymał w Mariampolu.
— Co? Niemkini pod moim dachem! Tego moje oczy widzieć nie będą! — oburzyła się.
— Na cóż koniecznie Niemka! — wtrącił Jan. — Może być Francuzka, Włoszka, Hiszpanka.
— Nie ciekawam263, nie ciekawam. Kiedyż twój ślub?
— Po Wielkiejnocy, w maju. Cesia wesela nie chce świetnego. Postanowiliśmy sumę, co by to kosztowało264, użyć na jaki pożyteczny cel265.
— Na kościół w Brodnicy, ja radzę! — rzekł z uśmiechem Wentzel.
— Kościół się dokończy za twoje złoto! — odparł Jan. — Babka znajdzie dobry cel. To już nie mój kłopot. Ależ ty, Waciu, masz listów! Tuzin! O, i do mnie ktoś nagryzmolił.
Pani Tekla popatrzyła na nich obu, zdziwiona niespodziewaną poufałością, ale to imię pogłaskało ją po sercu, więc nie zrobiła żadnej uwagi. Dawno już w myślach wnuka tak nazywała.