Jadzia wzdrygnęła się całym ciałem. I ona lękała się okropnie. Między jej marzeniem stał on jak czarne widmo. Dlatego może zwlekała z zerwaniem — bała się jego zemsty i wybuchu, ale nie dla siebie...
Nazajutrz przyjechał. Dzień był posępny, na dworze szalała marcowa, śnieżna zawierucha.
Zostali sami w salonie. Jego bure, dzikie oczy objęły z ponurą namiętnością szczupłą postać dzieweczki. Takim wejrzeniem mierzy tygrys pogromcę. Jadzia istotnie przez ostatnie tygodnie zmieniła się bardzo. Zeszczuplała, zbladła; w oczach zamiast dawnego chłodu leżała smętna zaduma, na dumne usta wybiegał niekiedy łagodny uśmiech. Urok jej spotężniał jeszcze — ozłociło go uczucie.
Poszła pierwsza śmiało na ogień.
— Panie Adamie — zaczęła — mam pana prosić o coś.
— Co pani rozkaże?
— Niech pan nie zachowa do mnie urazy i daruje to, co powiem.
Głębocki cofnął się o krok, zzieleniał, usta mu drżały.
— Nie potrzebuje pani prosić ani przepraszać. Chce pani, bym zwrócił słowo i pierścionek...
Niesłychaną siłą woli hamował się. Nawet pani Tekla nic by mu nie miała do zarzucenia. Imponował swą olbrzymią potęgą charakteru.