Wysunęła mu rękę, uchyliła się i nie patrzyła już w oczy.
— Waciu, Waciu! — powtarzała coraz gniewniej pani Tekla.
— Wołają pana — szepnęła Jadzia, zeskakując na ziemię.
Wzdychając, ruszył, prowadząc klacz panienki.
— „Held”! Ruhig304! — zakomenderował i gwizdnął.
Arab wyrwał się z rąk masztalerzy i poszedł za panem spokojny jak dziecko, a pani Tekla, uspokojona, dysponowała dla gościa posiłek, pędziła służbę, szukała reszty towarzystwa.
— Gdzież zostawiłaś Jasia z Cesią? — pytała roztargnionej Jadzi.
— Na drodze, zaraz przyjadą.
— Aha, zaraz! Znam to zaraz! Będą się błąkać do północy. A gdzież złapałaś Wacława?
— Także na drodze.