Jan tymczasem kręcił się na krześle. Z introdukcji wnosił, że się odbędzie scena familijna, dla nikogo niemiła, a dla Wentzla arcynieprzyjemna. Wmieszał się znowu do rozmowy łagodząco.

— Najlepiej zrobi babcia, jak się podda losowi — rzekł. — Ja Wacławowi wierzę jak bratu, on nasz sercem i duszą. Da sobie Jadzia z nim radę!...

— A jeśli nie da? — rzekła pani Tekla. — Jeśli za parę lat szał jego minie, a obudzi się krew ojcowska, niemiecka, samolubna, despotyczna, zawzięta?... Ty sam pierwszy żal uczujesz do mnie za krzywdę siostry i pomyślisz, żem poświęciła ją Niemcowi dlatego, że los zrządził być mu moim wnukiem.

— A to by dopiero była szczególna pretensja! Cóż babunia winna, że i tych dwoje się pokochało, a ja dopomogłem? Czy babcia wolała Głębockiego?

— A mnie co babka ma do zarzucenia? — przerwał hrabia. — Czemu mi bronicie serca, domu, rodziny? Sierotą jestem... wyrwaliście mnie stamtąd, a nie przyjmujecie tutaj. Gdzież pójdę? Uczyliście mnie myśleć i kochać... zohydziłem dawne życie, a nowego założyć wzbraniacie! Żebym był włóczęgą, więcej doznałbym u was litości, niż że jestem synem waszego dziecka!

Po tej skardze usiadł nachmurzony, pochylił głowę i patrzał w ziemię.

Staruszka zamilkła. „Sierota”! Tak go nazywała matka w snach i takim samym smutnym głosem prosiła o pamięć nad nim, by nie zmarniał. Sumienie, serce, dawna nieufność i wstręt rasowy toczyły walkę w pani Tekli.

Jan spojrzał na hrabiego, wstał i usiadł przy nim.

— Daj mu wina, Jadziu! — szepnął do siostry.

Obejrzała się i podeszła. Z rąk jej wziął kieliszek i wypił w milczeniu. Zatrzymała się chwilę.