— Na lisy? Nie, nic nie mówili. Kwestii polowań nie będzie. Gdzież to panowie jadą? Może jaki kongres międzynarodowy? Jubileusz?

— Ach, niestety! Ruszamy na pogrzeb!

— A czyjże, czyj? Nie czytałem dziś depesz. Może kto sławny?

— I jak jeszcze! Znakomitość, majorze, dzięki waszemu wychowaniu i opiece. Król młodzieży, półbożek pięknych pań, mój przyjaciel, Wentzel Croy-Dülmen!

Major podskoczył i poczerwieniał, jakby mu groził nowy atak apoplektyczny.

— Ten, ten... wariat! Umarł! O! Herr Je! Aż mi lżej oddychać! Z jego powodu znoszę wiele! Bo, widzi baron, on ostatnimi czasy nosił się z okropną myślą...

— Samobójstwa? — spytał naiwnie Schóneich.

— Gorzej, baronie, gorzej!

— Mordu?

— A tak! Mordu narodowego!