— Hamuję. Cóż z tego tobie przyjdzie?

— Oto dam ci to, com zyskał: stuletniego miodu polskiego puchar. Życzę, by ci się nic nie przytrafiło między ustami a jego brzegiem.

— Oho! Od czegóż jestem dyplomatą? Czyje zdrowie wypijemy? Może twoich nowych cnót czy starych występków? To pierwsze coś mi zalatuje letejską wodą341.

— To drugie coś zalatuje twoją zawiścią.

— Uchowaj Boże! Lubię być widzem tylko, a masz tak godnego następcę, że mi nie zbraknie studiów. Jakiż toast, panowie?

— Zdrowie dam! — wyrwał się Herbert patetycznie.

Schöneich coś szepnął w ucho sąsiada Jana, w mgnieniu oka zmienił swą ruchliwą fizjonomię. Oczy wytrzeszczył, nos skrzywił, usta przeciągnął w melancholiczny grymas. Z włosów ułożył grzywkę nad czołem, a szyję wyciągnął.

Ich danke342! — zapiszczał przeraźliwym dyszkantem, mrugając na Herberta zalotnie.

Śmiech homeryczny wstrząsnął salą.

Vivat Emilia Koop! — wołano.