Croy-Dülmen podziękował ukłonem i usiadł znowu. Czuł, że do domu tego nie wróci więcej i ogarnęło go gwałtowne pragnienie usłyszenia jednego choćby słowa z ust panienki. Pamiętał słowo w słowo rozmowę owej burzliwej nocy przed pół rokiem, jej wzgardę i gniew. Boże, co on jej wtedy mówił! Czuł się skazany bez odwołania.
Rozmowy zawiązać nie widział sposobu, gdy wtem ona spojrzała nań po swojemu, posępnie, i spytała:
— Pan bawi stale w Berlinie?
— Całe lato byłem nieobecny, pani. Część czasu spędziłem w dobrach, resztę we Francji.
— W Biarritz — dodała spokojnie.
Rzucił jej zdziwione spojrzenie — czy była jasnowidząca?
Zrozumiała widocznie myśl wzroku, bo dorzuciła w formie objaśnienia:
— Hrabina Mielżyńska bawiła tam i spotykała pana.
Spuścił głowę i zarumienił się. Czy tylko tyle opowiedziała hrabina? W Biarritz on z hrabiną Aurorą uchodzili za małżeństwo. Istotnie, wiodło mu się szczęśliwie w tym domu.
Staruszka zajęła się robotą, spod oka niekiedy patrząc na wnuka, Prusaka. Nie mieszała się do rozmowy, myślała o czymś innym.