— Te panny co dzień subtelniejsze! — wtrącił prezes.
Zaczęli mówić o innych znajomych, Kazia rozglądała się po niebie i ziemi. Miała ochotę usunąć woalkę, zdjąć kapelusz, dać głowę i twarz pod rzeźwy powiew wieczoru, nie słuchała rozmowy. Powóz toczył się po szosie, cisza i tchnienie wsi umykało wstecz, coraz gęściej były domostwa, coraz gęściej ognie podmiejskich ogródków. Jak potwór, w dali leżało miasto, wstawała nad nim łuna światła, a te tancbudy209, bawarie, restauracje były jak macki potwora, które wyciągał ku wsi, by ją pożreć, zbrudzić, skazić, zatruć ciszę i spokój hulaszczą melodią i gorączkowym, niezdrowym podnieceniem.
— O czym pani myśli? — spytał nagle Radlicz.
On się w nią od dawna wpatrywał coraz bardziej oczarowany.
— O czym? — powtórzyła zamyślona. — Mam wrażenie, że tam przede mną czeluść piekielna.
— Warszawa? Boi się jej pani?
— Nie, ale mam wstręt — szepnęła.
— Jeszcze ją pani pokocha z czasem.
Uśmiechnęła się dziwnie.
— Będzie pani jutro rano w Alejach konno?