Pani Sanicka, młoda, przystojna szatynka, podobała się Kazi, Andrzej widocznie też lubił stryjenkę. Żartowali ze sobą poufale.
— Musi ci się przykrzyć w mieście! — rzekła, zwracając się do Kazi. — Męża masz bałamuta306, znajomych żadnych, no i mało co do roboty.
— Oddałam się w służbę pani Ramszycowej, mam pół dnia zajęte.
— Nie tęskno ci do wsi?
Kazia podniosła na nią oczy.
— Pani pewnie także ze wsi?
Roześmiała się kobieta.
— Tak. Widzisz, że cię rozumiem. Ja rodem z Krakowskiego! Tęskniłam ogromnie z początku, do pierwszego dziecka. I tobie to przejdzie!
Zaśmiała się znowu.
— Piętnaście lat jestem zamężna. Czworo mam tych urwisów.