Pewnie nie zauważyła, kiedy się z nią pożegnała, i, o cudo, nie przeprowadziła do przedpokoju na dwa słówka.
Prezes spotkał Kazię na ulicy i wyznał szczerze:
— Wiesz, zatęskniłem za tobą i wyszedłem na poszukiwanie. Cóż, bardzoś zmęczona?
Taka szczera radość i serce patrzało na nią ze starych oczu teścia, że uśmiechnęła się do niego.
— Zmęczona nie, ale znudzona. Niech ojciec zgadnie, ile razy mnie zapytano, jak mi się podoba Warszawa?
— Ano, każdy i każda. No, a gdzież ci było najznośniej?
— U stryjostwa.
— Co? W tym instytucie moralnie zaniedbanych dzieci? Winszuję!
— Doprawdy! Stryjenka wesoła i dobra, stryj poważny i myślący, a dzieci nie wydały mi się gorzej rozpuszczone od naszej Zosi w Górowie.
— To niewielka pochwała. No, proszę, i Feliksowie mogą się komuś podobać, i to jeszcze mojej Kazi. Tej sympatii z tobą nie dzielę.