— Niby mrowisko, a to tylko chmary żuków szukających nawozu dla biesiady! Czyż oni, doprawdy, nie mają własnych uciech i trosk, zajęć i celu wyższego? Ohydne!
Wzdrygnęła się jeszcze raz. Weszli w bramę lecznicy, zatrzymała się u drzwi schodów.
— Tatusiu, polecam wam ojca — szepnęła smutno.
Szpanowski rozmawiał z doktorem Downarem w pokoju poprzedzającym sypialnię chorej. Został z nimi Sanicki. Kazia przeszła do macochy.
— A jesteś przecie. Myślałam, że już ciebie nie zobaczę — przywitała ją grymaśnie chora.
— Zajrzałam na chwilę do domu i jestem na usługi. Jakże pani tu się czuje, bardzo droga zmęczyła? — odpowiedziała Kazia troskliwie.
— Pani, pani — zamruczała Szpanowska. — Jeśli nie z serca, to dla oka ludzkiego mogłabyś mnie matką nazywać! Ale ty teraz wielka pani, ja na twojej łasce! Ach, Boże! Cóż doktor mówił, źle ze mną?
— Nic nie mówi, żeby źle było. Niech się matka nie trwoży. Pojutrze będzie konsylium403, może po paru tygodniach wróci matka zdrowa do domu! Ja tu będę prawie ciągle. Bonę dla Zosi już mam, jutro ją wyprawię do Górowa! Nie trzeba się niepokoić, wszystko dobrze będzie.
— Jakaż to bona? Masz jej świadectwa? Niech do mnie przyjdzie. Muszę ją widzieć.
— Będzie wieczorem. Świadectwa przyniosłam.