— Dziękuję ci. Ja bo jestem odurzony tym wszystkim. Słońca niewielem miał w życiu, ale teraz listopadowe niebo mam w duszy. Ano trudno, praca została na pociechę.
Otrząsnął się siłą woli z apatii, wyprostował się i począł rozpytywać o fabrykę w Grodzisku, o stosunki, o jej życie. Na tym ich zastał prezes i z rozczuleniem spojrzał na Kazię.
— Mówię ci, jakem po niej tęsknił przez te dwa tygodnie, było nie do wytrzymania.
— Czuję kadzidło i zmykam! — rzekła z uśmiechem, wychodząc do jadalni.
— Józefie, ktoś dzwoni. Powiesz, że obiad! — rzuciła do lokaja.
Ale służący wrócił po chwili i rzekł:
— To pan Radlicz. Jest w gabinecie pana i prosi, żeby pani raczyła przyjąć.
Rzuciła głową, zawahała się, wreszcie wyszła.
Radlicz czekał z kapeluszem w ręku.
— Otrzymałem depeszę od Andrzeja. Wzywa mnie do siebie natychmiast — rzekł z cicha.