Przeprowadził go do przedpokoju, tam Downar jeszcze się zatrzymał i rzekł:
— Niech też pan uważa na żonę. Młoda jest i zdrowa, ale to kwiat. Zbladła i zmarniała w mieście: trudno się aklimatyzuje widocznie.
— Jeśli kwiatem ją profesor raczy nazywać, to chyba polny. W cieplarni jej nie chowano stanowczo, a tu robi, co jej się podoba.
— Jak nic może wpaść w anemię, a potem byle co z nóg zwali!
I poszedł Downar do restauracji na obiad, i myślał o swych fachowych sprawach, obiedzie na Smolnej, mimochodem o żonie.
Od dawna pożycie domowe traktował jak reumatyzm zadawniony, do którego wreszcie człowiek tak nawyknie, że mu prawie nie dolega.
Do Andrzeja przyjechał Markham z Grodziska, a że konferencja fabryczna się przewlekała, został na obiad. Cenny to był współbiesiadnik, rozmowa była swobodna, a tematu, jak zwykle, dostarczali ludzie i plotki miejskie; po obiedzie zjawiło się kilka osób z rodziny i zaledwie późnym wieczorem domowi zostali sami, i prezes rzekł:
— Obiecałeś Markhamowi być jutro w fabryce. Wróćże wcześnie, bo jutro nasz fiks450 i koniecznie być musisz.
— Jeśli znajdę tam wszystko w porządku, to wrócę.
— Żadne „jeśli”! Musisz być — i musicie tymi czasy pokazać się razem w teatrze. Mam dosyć plotek i skandalów.