Andrzej znał w fabrykach tę czerń471, ale znał ją albo pokorną i nieufną, albo zbuntowaną i zuchwałą, znał te twarze zniszczone przedwcześnie nędzą albo cyniczne zepsuciem, znał milczenie ponurego poddania lub pomruk głodem rozjuszonej bestii, znał ich pijanych, znał fałszywie pochlebnych, ale to, co widział teraz, było dlań zupełnie nowe.

Kobieta ledwie odziana, z rękoma obnażonymi po łokcie i białymi od mydlin, z twarzą szeroką, czerwoną, typowa wesoła Mazurka z zadartym nosem i siwymi, wesołymi oczami, widocznie rej wodziła i była adiutantem Kazi wśród tej armii maluczkich i biednych, bo dotarła pierwsza do „pani” i śmiejąc się, wołała:

— A widzicie! Nie gadałam: „Pani do nas się zjawi, co miała nas porzucić!” Olaboga, a oni co pletli, a umarła, a chora, a zabili ją! A widzicie, a widzicie! Żywa i cała! Ja mówiłam: „Co wy ta wiecie472, jako473 państwo żyją — mają i oni swoje kłopoty i zajęcia. Coś ci jej przeszkodziło!” Najgorszy ten pies, Józefiak! To on gardłował: „Macie waszą magnatkę, pobawiła się wami i tyle ją będziecie widzieć”.

Tu chłopcy roześmiali się chórem, a jeden najśmielszy zawołał:

— A pani Tomaszowa mu za to w pysk dała, a on tak zgłupiał, tak zgłupiał, że i nie oddał.

— Oddałby mnie! — krzyknęła Tomaszowa, czerwieniejąc. — A to bym chuchrę474 ostudziła!

— Była ci frajda, była! — chichotali chłopcy.

— To Józefiak znowu bez roboty? — spytała Kazia.

— Zwymyślał po pijanemu majstra, to go wyleli! Siedzi to zatracenie475 w stancji476 na moją niedolę! — odpowiedziała inna kobieta. — Paniusiu złocista, nie karzcie mnie i dzieci za niego!

— Zaraz tam do was wstąpię. A rządca jest?