— Uchybiłeś i jeżeli masz honor, przeproś! — rzekł stanowczo prezes.
Andrzej się opamiętał. Co powie ludziom, na co ojca narazi? Zrywać w przeddzień ślubu. Przy tym powstydził się, że postąpił jak gbur.
— Jestem niezdrów i zdenerwowany, przepraszam panią — rzekł, schylając głowę.
Kazia, milcząc, przyjęła przeprosiny. Chwilę patrzała ponuro przed siebie, wreszcie szepnęła przez zaciśnięte zęby:
— Ach, gdyby nie ojciec!...
I taki był jej dziewiczy wieczór.
Nazajutrz rano o dziesiątej pojechali do ślubu. Za bramą spotkali furgon z jej kuframi, a obok fornal Stacho siedział odświętnie ubrany.
— Czy on jedzie do Warszawy? — spytała ojca.
— Ano tak. Urwis od tygodnia nudził mnie o to, a wczoraj prezesa uprosił. Niech jedzie, ręczę, że po miesiącu będzie się napierał z powrotem. Odeślesz mi go! Tymczasem nie było sposobu utrzymać. Prezes kupił te dwie klacze kasztanowate i skarogniadą121 dla ciebie pod siodło. Będą cię tam pieścili, dziewczyno! No, chwała Bogu!
I uśmiechał się radośnie poczciwy Szpanowski. A ona z zazdrością myślała, że Stacho wrócić może, gdy się stęskni za polami.