Kazia stanęła u progu nowego życia.
Nikt jej tam chlebem i solą nie powitał ani ujrzała życzliwej twarzy.
Janowa, żona kamerdynera, gospodyni kawalerska obu Sanickich, patrzała na nią jak na postrach i kontrolę; jej małżonek, pewny swej władzy i zasług, był sztywny i dość nawet lekceważący, reszta służby wyzierała z głębi sieni, mało się o nią troszcząc. Znali zbyt dobrze zakulisowe sprawy.
Mieszkanie było przystrojone, urządzone jak z igły, pełno kwiatów, ale Kazię od razu przejął wstrętem charakterystyczny zaduch warszawskich domów, mieszanina naftaliny134, gazu i gutaperki135; i duszno jej się zrobiło w pokojach pełnych mebli i cacek, ocienionych zbytkownymi firankami i portierami.
Prezes oprowadzał ją po mieszkaniu. Na parterze mieli dwa salony, jadalnię, jego sypialny i gabinet do przyjęć oficjalnych. Na piętrze młoda para miała dla siebie pięć pokojów.
Zbytek i elegancja apartamentu nie zrobiły na Kazi wrażenia, dopiero na widok szaf, pełnych książek w gabinecie prezesa, uśmiechnęła się radośnie.
— O! Co za rozkosz! Tyle do czytania! — rzekła.
Potem ucieszyła się fortepianem, ale nie śmiała dotknąć go i zobaczywszy w swej sypialni kufry z wyprawą i własne mebelki, pomyślała:
„Tu się po swojemu urządzę! Będę miała na jutro zajęcie!”. I ta myśl była najprzyjemniejsza.
Była jednak tak zmęczona, że na długie rozmyślanie nie stało136 czasu. Zasnęła twardo, bez snów i marzeń, jak sypiała wśród swych pól po znojnym137 dniu.