Andrzej wrócił do domu nad ranem. Nazajutrz przyszedł do herbaty154 zmęczony i rozdrażniony, czując, że powinien się usprawiedliwić, przygotowany na uwagę ze strony ojca, może na łzy Kazi.
Ale prezes nie uczynił żadnej wzmianki, Kazia rozmawiała swobodnie, ignorowali go zupełnie. Dopiero gdy wychodził, ojciec rzekł:
— Radlicz się o ciebie wczoraj wieczorem dopytywał. Zaprosiłem go dzisiaj na obiad; ano i do Dąbskich powinniście pojechać.
— Tak prędko — po co? Można za parę tygodni.
— Nie można. Tak wypada, a przy tym forma musi być zachowana. Ludziom musicie się pokazać.
— Ano, to od razu to odbyć! Gdzież mamy bywać? — zwrócił się niecierpliwie do żony.
— Skądże ja mam to wiedzieć? Panowie wybiorą dla siebie, a potem z sumy ja sobie wybiorę, co mi się podoba. Teraz służę wszędzie.
Nie, wcale serio i tragicznie nie traktowała swego losu. „Ja sobie wybiorę, co mi się podoba”, ukłuło Andrzeja. Rozdział stosowała tedy i co do siebie i dążyła jak on do swobody.
Ruszył brwiami: mniejsza z tym!
— Wizyty oddamy jutro tedy — zdecydował. — Będziemy u Dąbskich, Morawskich, Hankich i Gostyńskich. Zresztą155 pustki, nikogo więcej w mieście nie ma.