— Na którą obiad? — spytała go.
— Wrócę o piątej.
Zaraz po nim i prezes się ulotnił. Miał przeróbki w kamienicy, potem interes u rejenta156. Kazia została sama, zazdroszcząc im zajęcia. Jej zatrudnienia157 były zabawką po pracy na wsi. Rachunek z kucharką, porządek w domu, drobne szczegóły z ogrodnikiem, cukiernią, handlem delikatesów. Starczyło do południa. Potem zeszła na podwórze. Miała tam przecie znajomych: konie z Górowa i duszę przyjazną — Stacha Skowronka.
Stangret submitował się158 nowej pani, Stacho rzucił się do niej, prawie płacząc z radości. Poczęła pieścić klacze, cukrem je karmić, a one, jakby ją poznały, wyciągały szyje, skubały za rękaw.
— Biedaczki! Tak się tu nudzą, a takie wystraszone. Rżą, że aż się serce kraje! — mówił Stach.
— A tobie jakże się podobało? — spytała.
— Wedle159 wiktu160 — to ha! — odparł i zerknął w stronę stangreta. — W gębę też jeszcze nie wziąłem od pana Walentego.
Tu głos zniżył:
— Ino161 mi się cnie162 za Górowem. Oj, cnie! — i westchnął.
— Przywykniesz, tylko pracuj i złej kompanii unikaj.