Kiedy na Cyrku będą kości tylko,
Kiedy na Kapitolu będzie hańba tylko.316
Aby mógł do syta się napawać widokiem poniżenia Romy.
Na tym się kończy właściwy dramat, następuje epilog wspaniały, a na uroczystą nutę nastrojony: „O myśli moja — zaczyna wieszcz — ty przetrwałaś wieki! Ty senną byłaś w dniu Alaryka i w dniu wielkiego Attyli — ni brzęk korony cesarskiej o twarde czoło Karla, ni Rienzi317, trybun ludu, nie obudził ciebie! I święte pany Watykanu jeden po drugim przesunęli się przed tobą jak cienie przed cieniem! Ale dzisiaj ty powstaniesz, o myśli moja!” I właśnie dzisiejszą epokę rozczarowań, zwątpień i sprzeczności, żądań niedoścignionych i filozoficznej negacji wybiera szatan historii, aby obudzić syna zemsty. Błądzą oni razem pośród zwalisk Rzymu. Patrzy Irydion na dzisiejszych panów Watykanu poniewieranych i wyszydzanych, widzi same prochy, i kości, i hańbę, ruina każda jest mu nagrodą i radość zda się bić z jego czoła, gdy błądząc, dochodzą do Koloseum. Tu uderza wzrok jego czarny krzyż drewniany i smutek ściska mu serce, smutek nad krzyżem poniewieranym i wzgardzonym, jak niegdyś Hellada jego. On walczył przeciwko Romie jako uosobieniu siły panującej nad prawem, dziś Rzym upadł, a siła ślepa rządzi, jak dawniej, światem... nagle w powietrzu rozjęczonym skargami pochowanych pod gruzami Koloseum męczenników daje się słyszeć głos grzmiący i sponad krzyża wychyla się jaśniejąca postać Kornelii, wołającej go ku sobie. I tu, w miejscu, gdzie rozpustę pogaństwa pokonało poświęcenie i zaparcie się wyznawców wiary Ukrzyżowanego, odbywa się sąd nad Irydionem: „Wrogu wieczny! — woła Masynissa — on moim, on żył w zemście, on nienawidził Romy”. „Panie — głos Kornelii — on jest moim, bo on kochał Grecję”. „Ojcze Niebieski — dodaje poeta od siebie — Ty raz tylko jeden w wieczności, raz Syna własnego opuściłeś, by odtąd już nie opuszczać żadnego z dzieci Twoich — nie — żadne dzieło Twoje nie pójdzie w rozsypkę na wieki”. I świadectwem, a modlitwą Kornelii zbawion Irydion, bo kochał Grecję, ale aby odkupić błąd przeszłości, gdy szedł za wrogiem Przedwiecznego, musi iść na północ, do „ziemi mogił i krzyżów”, którą pozna „po zgorzałych chatach ubogiego i po zniszczonych pałacach wygnańców”, tam powtórna próba jego, tam pracą krwawą i nieustanną, tam miłością i poświęceniem zmaże winę swoją; ulituje się wtedy Najwyższy i udaruje „czym aniołów swoich obdarzył przed wiekami — szczęściem — i co ludziom obiecał na szczycie Golgoty — wolnością”.
„I weszło słońce nad ostatkami Romy i nie było komu powiedzieć, gdzie się podziały ślady myśli mojej, ale ja wiem, że ona trwa i że ona żyje”. — Cudne zakończenie: czarowny dźwięk tych słów ostatnich przenosi nas w krainę snu, cośmy przed chwilą czytali, co wrzało dla nas i kipiało życiem, to wszystko roztapia się i ginie w przepaścistej jakiejś dali i przeszłość cała grodu wiecznego brzmi nam pieśnią tajemniczą, senną, przejmującą nas dreszczem zgrozy, jak wśród grobowej ciszy skwaru letniego dalekie odgłosy piorunów, zwiastuny nadchodzącej burzy.... rozwiały się marzenia wieszcza we mgłę i muzykę — on jeden, samotny, niezrozumiany, nikt nie współczuje mu teraz i nie pójdzie za nim, ale on wierzy, on wie, że myśl jego żyje, że stanie się ciałem, że w ojczyźnie ukochanej zajaśnieje pełnią i wdziękiem kształtów.
Niezmierna doniosłość Irydiona uwydatni się jeszcze bardziej, gdy go porównamy ze współczesnymi, a pokrewnymi myślą utworami poezji polskiej. Po wypadkach 31 roku rozpacz owładnęła społeczeństwem naszym i myśl o wynalezieniu drogi prowadzącej do podźwignięcia kraju z upadku zaprzątała odtąd wszystkie myślące umysły. Byronizm, choć z natury swej kosmopolityczny, stał się jednak punktem wyjścia dla poezji polskiej, ale przekształcił się w niej w patriotyzm, stawiący w ścisły związek kwestie wyzwolenia narodowości z postępem ogólnoludzkim. Trzecia część Dziadów, Kordian, Dzieje Wacława Garczyńskiego, wreszcie Irydion z Nie-Boską Komedią, którą za wstęp do niego uważać należy, są wyrazem nowego zwrotu w literaturze naszej. Boleść nad upadkiem kraju ozwała się najpierw w duszy Mickiewicza i spod pióra jego wylał się potok słów gorących, nacechowanych olbrzymią boleścią i natchnieniem. Ale cierpiący za miliony wieszcz nie umiał znaleźć innego ratunku dla kraju jak podniesienie uczuć do stanu ekstazy, która miała natchnąć siłą łamiącą wszystkie przeciwieństwa. Krokiem naprzód są Dzieje Wacława, Garczyński bowiem namiętnie pragnął dojść do równowagi ducha i pogodzić wybuchy uczucia z wymaganiami rozumu, ale pragnienie pozostało tylko pragnieniem, i chcąc ojczyznę zbawić, poeta wpadł na pomysł spiskowania, które głosił z zapałem godnym lepszej sprawy. Tą drogą poszedł także Kordian, ale wahania jego ciągłe świadczą, że brakowało mu pewności cechującej Wacława, że jakby przeczuwał, iż lepsza istniała droga do celu. Przeszły po ukazaniu się Kordiana trzy lata — i Krasiński dał nam Irydiona, w którym ostatecznie rozwiązał kwestię. Z wysokości równowagi duchowej, którą odrzucał Mickiewicz, do której na próżno dążyli Garczyński i Słowacki, a którą osiągnął autor Nie-Boskiej po długich rozmyślaniach i walkach wewnętrznych, wskazał on nową drogę narodowi — drogę krwawej pracy, wytrwałości żelaznej wobec nieprzeliczonych pokus i przeszkód — wiary w świętość sprawy i w sprawiedliwość Opatrzności. Irydion więc jest ostatnim słowem emigracyjnej poezji polskiej. Nie zrozumiano go zrazu; największy z poetów naszych, rozstając się coraz bardziej z harmonią ducha, zabrnął w labirynty nauki Towiańskiego, Słowacki przerzucał się z jednej ostateczności w drugą, tylko Krasiński bez względu na rozczarowania i zawody pozostał niewzruszenie na stanowisku, które wytknął w Irydionie, i wielką myśl swoją rozwijał nadal w następnych utworach. Jeśli pod względem geniusza poetyckiego Krasiński ustępował Mickiewiczowi i nawet Słowackiemu, to ideały, których był stałym głosicielem, stawią go na wysokości, na której tamci nie umieli się utrzymać.
Ale dlaczego wyrok Niebios posyła Irydiona do Polski, dlaczego mianowicie przez Polskę ma się schrześcijanić świat i myśl Boża uwidocznić na ziemi — na to znajdujemy odpowiedź w Przedświcie, a właściwie w przedmowie do Przedświtu, streszczającej całą historiozofię Krasińskiego. Punkt wyjścia poeta ma wspólny z Mickiewiczem, ze Słowackim i słowianofilami rosyjskimi, mianowicie wiarę w prawdziwość i doskonałość chrześcijaństwa i w ostateczne wypełnienie obietnic Chrystusowych na ziemi. Rzecz swą zaczyna Krasiński od wskazania na analogię pomiędzy światem starożytnym przed przyjściem samym Chrystusa a epoką obecną; toż samo zwątpienie w religii, taż sama negacja w filozofii, anarchia w sferach umysłowych zupełna, swawola, rozstrój, zrozpaczenie; ale w chaosie świata starożytnego zjawia się nagle Cezar i potężną dłonią swą przywodzi świat do jedności materialnej i bezwiednie przez to przygotowuje drogę Synowi Bożemu, zamieniając „ziemię podówczas znaną w jeden wielki i szeroki gościniec”. Podobnież i dziś Cezar dni naszych, Napoleon, wyższy od poprzednika całą epoką ubiegłą, świadomy celu, któremu kwoli318 zesłała go Opatrzność, jednoczy i spaja narody. Państwo jego uniwersalne rozwiało się wprawdzie w dym, ale „co on pchnął do biegu, to teraz dalej się toczy — co ta dłoń na chwilę wszechmocna spoiła, to samo przez się coraz ściślej się spaja i wiąże. Zapoznane ludy już się nie odpoznają — skupiony duch germański już się nie rozprzęży, włoski toż samo i hiszpański toż samo! On narodowości ziemskie przebudził z uśpienia”. Jednym słowem Napoleon przygotował nowy zwrot w dziejach stopniowego urzeczywistniania się idei Chrystusowej, zwrotem zaś tym ma być przekształcenie sfery polityki w sferę religii. Słowo Chrystusa nie mogło, zdaniem poety, przetworzyć od razu świata pogańskiego; przed schrześcijanieniem stosunków między narodami i państwami musiało schrześcijanić sferę stosunków prywatnych — i tego właśnie już dopięło. „Za dni naszych — powiada Krasiński — osobnik każden chrześcijaninem jest i wszystkie stosunki między nimi chrześcijańskimi są”. Pozostaje więc idei chrześcijańskiej iść w niedotkniętą jeszcze sferę polityki. „Świat już dzisiaj pojmuje, ku czemu garnie się historia, wie, że nią rządzi mądrość Boża i że celem jej jest Ludzkość, czyli cała powszechność, zgodna z wolą Bożą, znająca i wypełniająca prawo, które Bóg jej nadał. Środkami zaś do tego celu, narzędziami, członkami żywymi są narodowości, w których odbiły się jako w najwyższym swoim rozkwicie wszystkich plemion ludzkich różnice. Czym nuty w akordzie, tym one w człowieczeństwie, rozmaitością i zgodą zarazem”... „Państwa są utworu ludzkiego, są zbiorem przysypkowym cząstek. Jedne narodowości są kreacji Bożej i dlatego właśnie nie państwo bez narodowości, ale narodowości upaństwione jedne tylko mogą być chrześcijańskimi, czyli należeć do składu powszechnej ludzkości”. Tymczasem działo się dotąd na przekór prawu boskiemu, „każde bowiem państwo jest rozćwiartowaniem jednej lub kilku narodowości na korzyść martwego ideału gabinetowego. Idea Chrystusowa, idea wszechmiłości zapomniana i gwałcona co krok”. I właśnie dlatego „przez narodowość umęczoną na krzyżu historii objawi się w sumieniu ducha ludzkiego, że sfera polityki musi się przemienić w sferę religijną i że Kościół Boży na ziemi to nie tylko to lub owo miejsce, ten lub tamten obrzęd, ale cały planeta319 i wszystkie, jakiekolwiek być mogą, stosunki tak osobników, jak narodów między sobą”.
Tej filozofii Krasińskiego, do której doszedł drogą krwawej pracy myśli i krwawych udręczeń serca, da się z całą słusznością zarzucić rażącą jednostronność. Do głębi duszy przejęty i oburzony antychrystusowym kierunkiem polityki, nie umiał poeta zachować trzeźwości swej w zapatrywaniach na inne stosunki życia i uznał, że idea chrześcijańska zapanowała już w sferze stosunków prywatnych. Wzięta jednak jako całość i zestawiona z poglądami słowianofilów nauka Krasińskiego jest nierównie podnioślejsza. Gdy bowiem ci ostatni opierali mesjanizm swój patriotyczny na uznaniu nieomylności zasad religii i polityki rosyjskiej, Krasiński wiarę swą w opatrznościowe posłannictwo Polski wyprowadza z wyjątkowych okoliczności politycznych, w jakich ojczyzna jego się znalazła: stąd przepaść cała w wynikach praktycznych obydwóch teorii: zastosowane do życia słowianofilstwo okazało się jednostronnym zasklepieniem się w podziwianiu cnót i doskonałości Rosji, wówczas gdy za przejęciem się zasadami Krasińskiego bezwarunkowo musi iść uznanie odpowiedzialności ciążącej na narodzie i wynikającej stąd konieczności pracy, cnoty i poświęcenia, nieodzownych warunków, by się godnymi okazać celu szczytnego, do którego Bóg przeznaczył ojczyznę wieszcza.
Sam Przedświt możemy nazwać hymnem szczęścia, które ogarniało poetę w tych rzadkich chwilach, gdy po długich błądzeniach w ciemnościach natrafiał nagle na myśl nową, znajdywał ukojenie w jej treści życiodajnej, z rozpaczy, jaką tchnęła rzeczywistość, wyciskał nadzieję, a bezmyślność pozorna dziejów świeciła mu się blaskiem ideału. Przedświt jest pieśnią miłości, jedną z najpiękniejszych, jakie pisano: po modrej toni jeziora włoskiego płynie poeta z ukochaną swoją i rozbłękitnionej, rozanielonej i przebóstwianej w natchnieniu jego Beatryczy320 składa dziękczynienia, iż wyrwała go z przepaści zwątpienia i rozpaczy. Czar dźwięków, które wydobywa ona z harfy, i podniesiona fantazja poety przekształcają rzeczywistość w sen z kryształu i ze srebra, a we śnie tym widzą i zapadłą w nieskończoności przeszłość narodu, i jaśniejącą szczęśliwymi odblaskami jutrzenki przyszłość jego. Rozskrzydlony natchnieniem, jakie miłość daje, widzi poeta w przeszłości ojczyzny tylko cechy jej dodatnie, tylko wspaniałą poezję rycerskości, męstwa, poświęcenia, swobody i godności. Ponad topiele jeziora, ponad krawędzie skał unosi go myśl w ojczyste stepy śnieżne, gdzie śpią duchy ojców; poeta wywołuje je z grobów i pyta, dlaczego z pychą taką i nieoględnością321 roztrwonili skarby życia. Z pogardą nań poglądają okazałe i dumne postacie ojców i z tłumów umarłych podchodzi doń ów hetman, który ani z soli, ani z roli, ale z tego, co go boli, wyrósł322, i każe klęczącemu poecie błogosławić winie ojców, bo oni szli ku tej ojczyźnie, która będzie; gdyby dążyli torem innych narodów, byłaby i Polska dziś „kramem tylko, nie narodem, sklepem śpiącej pełnym broni”, tylko winie ojców, tylko ich bohaterstwu i krwi zawdzięcza potomstwo, „że nim ten jeszcze wiek przeminie, wejdzie ludów lud jedyny”.
Ale rozwiewa się widzenie, a fantazja poety sprowadza nowe tłumy rycerstwa nad brzegi jeziora; wzgórza i skały okoliczne brzmią oddźwiękiem ich modlitw głuchych, a poprzedzeni świętą Panią Częstochowską przesuwają się długim rzędem przed oczyma modlących się i szałem zachwytu ogarniętych kochanków. Lśnią ich pancerze i skrzydła srebrne przypięte do zbroi, powiewają pióra strusie na hełmach, błyszczą turkusy na szablach damasceńskich; tak się suną poprzez błękity i promienie, a przeszłość połączona w nich z przyszłością, bo z przeszłości wylęgli, idą po to, by deptać i karać niesprawiedliwość na ziemi i na gruzach zbrodni budować świat nowy, boski, w którym ni łez, ni miecza, ni kata nie będzie. Natchnienie coraz bardziej porywa wieszcza, wzlatuje na skrzydłach zachwytu poza krańce przestrzeni i czasu i w bezdennej jakiejś topieli, w próżni, która rozwiera się jak ocean ponad przepaściami czasu, widzi ową złotą przyszłość ojczyzny; ludy wszystkie chylą przed nią czoło, płyną za nią jak chmury, uznawszy w niej piękno wieczne i myśl Bożą, wszechświat cały śpiewa pieśń jedną Bogu, a przez wszechświat idzie drogą narodów w nieskończoność i światło. Przepełniony szałem i szczęściem, poeta woła, że odtąd ojczyzna jego nie jest dlań miejscem, domem, obyczajem, skonem, albo zjawem państwa: