Rozpoczęły się uroczyste popisy. Maleńki chłopczyk z cielęcym wyrazem twarzy deklamował wierszyk:
Wybaczcie, proszę, że mały chlopczyna
Tak śmiało sobie tu dzisiaj poczyna — itd.
Akompaniował sobie przy tym kurczowymi, spazmatycznymi gestami, jakby był trochę zepsutą maszyną. W śmiertelnych potach szczęśliwie dobrnął do końca wierszyka. Otrzymał rzęsiste oklaski, ukłonił się jak automat i zszedł ze sceny.
Maleńka, okropnie zawstydzona dziewczynka wymamrotała pod nosem:
Marysia mała
baranka miała — itd.
Zrobiła żałosny dyg, otrzymała swoją porcję oklasków i usiadła czerwona i szczęśliwa.
Potem wystąpił Tomek Sawyer. Dumny i pewny siebie, gestykulując jak opętany, grzmiącym głosem rozpoczął nieśmiertelną odę:
O, daj mi wolność lub śmierć daj!2