Tomek parł do przodu, Huck ciągnął w tył. Wreszcie Tomek wolno i ostrożnie podniósł się sam. Ale ledwie zrobił pierwszy krok, przegniła podłoga zaskrzypiała tak przeraźliwie, że padł plackiem na pół żywy ze strachu. Drugi raz już nie próbował. Leżeli, licząc wlokące się minuty, aż wreszcie zaczęło im się zdawać, że czas stanął w miejscu, a nawet wieczność zdążyła posiwieć. Wreszcie z ogromną radością zobaczyli, że słońce jednak zmierza ku zachodowi.
Jedno chrapanie ustało. Joe wstał, potoczył dokoła zaspanym wzrokiem, skrzywił się pogardliwie na widok towarzysza, śpiącego z głową na kolanach, trącił go nogą i powiedział:
— Hej, ty! Dobry z ciebie wartownik! Całe szczęście, że nic się nie stało!
— Do kata! Naprawdę spałem?
— Owszem. Ale teraz pora w drogę. Co robimy z resztą forsy?
— Nie wiem. Najlepiej zostawić ją tutaj, tak jak zawsze. Nie ma sensu włóczyć się z tym, dopóki nie wyniesiemy się całkiem na południe. Sześćset pięćdziesiąt sztuk srebra, jest co dźwigać.
— No, dobra. W takim razie trzeba będzie przyjść tutaj jeszcze raz.
— Najlepiej w nocy, tak będzie bezpieczniej.
— Dobrze. Wiesz co? Nie wiadomo, ile czasu upłynie, zanim nadejdzie odpowiednia chwila do wykonania naszego planu, a to nie jest najlepsze miejsce na przechowywanie pieniędzy. Tym razem trzeba je zakopać, i to dosyć głęboko.
— Racja! — odparł kompan Joego.