Wdowa wybuchnęła płaczem.
— Cicho, dziecko, cicho! Wiesz przecież, że nie wolno ci mówić. Jesteś bardzo chory i nie możesz się tak przemęczać. Cicho...
„A więc znaleźli tylko wódkę — myślał Huck, z trudem usiłując przezwyciężyć słabość. — Gdyby znaleźli złoto, całe miasto by o tym gadało. To znaczy, że skarb przepadł już na zawsze, na zawsze! Ale czemu ona płacze? Nie rozumiem...” — Huck usnął zmęczony.
— Biedak, zasnął nareszcie. Czy Tomek Sawyer znalazł wódkę... Boże, gdyby tylko ktoś mógł znaleźć Tomka! Prawie nikt nie ma już nadziei ani sił, żeby go szukać dalej...
Rozdział XXXII
Powróćmy do Tomka i Becky oraz do ich przygód na wycieczce.
Z początku wraz z resztą towarzystwa zwiedzali mroczne korytarze pieczar, oglądali znane im już wcześniej groty o szumnych nazwach; „Salon”, „Katedra”, „Pałac Aladyna” itd. Gdy rozpoczęła się wesoła zabawa w chowanego, z zapałem przyłączyli się do innych i bawili się, póki im się nie znudziło. Potem powędrowali krętym tunelem skalnym. Podnosząc świece wysoko w górę, zabawiali się odczytywaniem wypisanych przez turystów nazwisk, dat, adresów i aforyzmów, które pokrywały ściany grot. Idąc wciąż przed siebie, zajęci rozmową, nie zauważyli, że weszli w rejony, gdzie malowideł ściennych zupełnie już nie było. Uwiecznili swoje imiona, wypisując je dymem świecy na występie skalnym i poszli dalej. W jednym miejscu odkryli podziemny strumyk, który ściekając po kamiennej ścianie przez wiele setek lat, wypłukał część wapnia i wyżłobił w skale piękne zakole, spływając z niej niczym prawdziwy wodospad. Tomek wcisnął swoją małą figurkę pomiędzy ścianę a wodospad i oświetlił go od tyłu, co Becky przyjęła okrzykami zachwytu. Spostrzegł, że za tą zasłoną wodną ukryte są naturalne schody, stromo schodzące w dół. Natychmiast poczuł ambicję odkrywcy. Zawołał Becky. Z ochotą zgodziła się iść razem z nim. Zrobili na ścianie znak świecą, aby nie zabłądzić w powrotnej drodze i ruszyli na wyprawę odkrywczą. Skręcali raz w prawo, raz w lewo, zapuszczając się coraz dalej w tajemnicze głębie pieczar. Od czasu do czasu zostawiali jakiś znak na ścianie i szli dalej. W poszukiwaniu wspaniałych odkryć, które chcieli potem obwieścić całemu światu, zagłębiali się w coraz to nowe korytarze. Natknęli się na olbrzymią komorę, ze stropu której zwisało mnóstwo lśniących stalaktytów9, wielkości ramienia dorosłego mężczyzny. Obeszli grotę wkoło, pełni zdumienia i zachwytu, po czym puścili się dalej jednym z wielu korytarzy, które rozchodziły się z komory. Dotarli do uroczego źródełka, którego dno pokryte było warstwą błyszczących kryształów, przypominających lód. Grotę ze źródełkiem podpierały fantastyczne filary zrośniętych ze sobą stalaktytów i stalagmitów — dzieło tysiącletniej nieustannej pracy kapiącej wody. Pod stropem wisiały setki nietoperzy. Światła świec obudziły je. Sfrunęły całą chmarą i z piskiem zaatakowały świece.
Tomek znał zwyczaje nietoperzy i wiedział, jakie niebezpieczeństwo im grozi. Chwycił Becky za rękę i pociągnął ją gwałtownie w pierwszy z brzegu korytarz. Zrobił to w samą porę, bo gdy byli już niemal poza grotą, nietoperz skrzydłem zgasił jej świecę. Rozzłoszczone zwierzęta ścigały ich jeszcze kawał drogi, ale dzieci tak kluczyły korytarzami, że wreszcie uwolniły się od natrętów. Zaraz potem Tomek odkrył podziemne jezioro, którego mgliste kontury gubiły się gdzieś daleko w mroku. Miał ochotę zbadać jego brzegi, ale zdecydował, że najpierw trzeba usiąść i trochę odpocząć. Przeraźliwa, głucha cisza po raz pierwszy ścisnęła ich za serce swą zimną ręką.
— Nie zwracałam na to uwagi, ale zdaje mi się, że już bardzo długo nie słyszeliśmy głosu innych dzieci — powiedziała Becky niepewnie.
— Pomyśl sama, przecież jesteśmy głęboko pod nimi, nie wiadomo jak daleko na północ, wschód i w ogóle. To po prostu niemożliwe, żebyśmy ich słyszeli.