— Tak, przyszła pewnego jasnego, słonecznego ranka, właśnie w chwili, gdy kończyliśmy wybory. Wybrany został John Murphy i gotów jestem przysiąc, że okazałby się smaczniejszy od wszystkich swych poprzedników, ale niestety, ów John Murphy szczęśliwie powrócił wraz z nami pociągiem, który wysłano nam na pomoc i w dodatku jeszcze ożenił się z wdową po Harrisie...

— Z wdową po tym, który...

— Tak, z wdową po tym, który padł ofiarą pierwszych naszych wyborów. Żyje żonaty, szczęśliwy, kochany i dotychczas jak najlepiej mu się powodzi. Tak, tak, wszystko to stało się jak we śnie... Ale oto i stacja, na której mam wysiąść. Muszę zatem pana pożegnać. Gdyby pan znalazł kiedyś chwilę czasu i przyjechał do mnie na parę dni, byłbym panu niezmiernie rad. Ogromnie przypadł mi pan do gustu, czuję do pana wyjątkowy pociąg. Co tu długo gadać, podoba mi się pan, sir, prawie tak samo jak w swoim czasie Harris. Do widzenia, życzę panu wesołej podróży.

Towarzysz mój wysiadł z wagonu. Nigdy jeszcze w życiu nie byłem tak zdumiony, zmieszany, wstrząśnięty. W głębi duszy jednak ucieszyłem się, że mnie opuścił. Mimo całej jego delikatności obejścia i sympatycznego głosu drżałem od stóp do głowy za każdym razem, gdy spoglądał na mnie swym łakomym wzrokiem, a gdy wspomniał o złowrogim pociągu do mnie, porównywając to uczucie ze słabością, jaką żywił dla świętej pamięci Harrisa, serce zamarło we mnie z przerażenia.

Byłem oszołomiony nad wszelki wyraz tym niesłychanym opowiadaniem, o prawdziwości jego wszakże nie mogłem wątpić, każdy szczegół nacechowany był bowiem niezaprzeczoną szczerością; z drugiej znów strony wszystkie te straszliwe fakty zdumiewały mnie do tego stopnia, że myśl moja, niewyobrażająca sobie niczego podobnego, stawała przed nimi jak wryta. Mimo to zauważyłem, że konduktor przygląda mu się badawczo, więc zapytałem go, kto to taki.

— Ten pan był niegdyś członkiem Kongresu i cieszył się jak najlepszą opinią — odparł konduktor. — Zdarzyło się jednak, że pociąg, w którym jechał, schwyciła na drodze zawieja śnieżna, a pan ten wraz z resztą pasażerów o mało nie umarł z głodu. Tyle się wówczas nacierpiał skutkiem głodu i chłodu, że potem niebezpiecznie zachorował i w ciągu trzech miesięcy był nieprzytomny. Teraz jest zdrów, został mu tylko mały bzik, a gdy zdarzy mu się w rozmowie wspomnieć o dawnym wypadku, nie przestaje, dopóki w opowiadaniu nie pożre jednego za drugim wszystkich pasażerów, jacy znajdowali się wraz z nim w tym nieszczęsnym pociągu. I tym razem byłby zjadł do ostatniego, gdyby nie to, że miał wysiąść na tej stacji. Pamięta jak pacierz wszystkie nazwiska, a gdy wreszcie zdąży zjeść cały pociąg, za wyjątkiem, naturalnie, siebie samego, kończy w ten sposób: „Potem, kiedy nadeszła chwila zwykłych wyborów na śniadanie, a opozycja już nie istniała, pozostawało mi tylko wybrać samego siebie, co też uczyniłem z zachowaniem wszelkich prawideł; że jednak nie miał kto protestować, samo przez się rozumie się, iż wyboru nie przyjąłem, dzięki czemu stoję oto przed panem cały i nieuszkodzony”.

Poczułem niewymowną ulgę, dowiedziawszy się, że słuchałem niewinnych, fantastycznych opowieści wariata, nie zaś rzeczywistych przygód chciwego krwi ludożercy.

Przypisy:

1. St. Louis — miasto w środkowej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Missouri. [przypis edytorski]

2. Terre Haute — miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Indiana; położone ok. 270 km na wsch. od St. Louis i ok. 290 km na płd. od Chicago. [przypis edytorski]