— Kto tam? Odezwij się. Czy jest tam kto? Bodaj pies zdeptał mego kota, jeżeli ja nie słyszałem, że coś chodzi. Wiem, co zrobię. Będę tu siedział, póki znów czegoś nie usłyszę.
Usiadł więc na ziemi, pomiędzy mną i Tomkiem. Plecami oparł się o drzewo, a nogi wyciągnął przed siebie tak, że jedną prawie dotykał mojej. Poczułem swędzenie w nosie i to tak silne, że aż łzy stanęły mi w oczach, nie podrapałem się jednak, żeby nie zdradzić swej obecności. Mało ze skóry nie wyskoczyłem, tak mi dokuczało swędzenie w różnych miejscach. Trwała ta męczarnia kilka minut, a wydała mi się bardzo długa. Gdy już czułem, że nie wytrzymam, Jim zaczął oddychać ciężko, a potem chrapać.
Wówczas, pełzając po cichu na rękach i na kolanach, coraz bardziej oddalaliśmy się od Jima. Nagle Tomek szepnął do mnie, żeby przywiązać Jima do drzewa, ot tak, dla zabawy, ale ja się na to nie zgodziłem. Mógł narobić hałasu i zaraz by się wydało, że mnie nie ma w domu. Chwilę później Tomek postanowił zabrać z kuchni parę świec. Wzięliśmy trzy świece, a on położył na stole pięć centów jako zapłatę. Pomimo że aż poty biły na mnie z niecierpliwości, Tomek popełznął na czworakach do Jima, aby mu spłatać jakiegoś figla. Gdy powrócił, dowiedziałam się, że zdjąwszy Jimowi kapelusz z głowy, zawiesił go na dość wysokiej gałęzi. Później Czarny opowiadał, że czarownice urzekły go i pozbawiwszy przytomności, jeździły na nim wierzchem84 po okolicy. Pięciocentówkę zaś nosił zawsze na szyi, zawieszoną na sznureczku, mówiąc, że to dany mu przez diabła talizman na każdą chorobę i na sprowadzanie czarownic do usług. Schodzili się zewsząd Czarni i dawali Jimowi, co kto miał, aby tylko pokazał im tę monetę, ale żaden nie chciał jej dotknąć, dlatego że była w diabelskim ręku. Jako służący Jim stał się do niczego, tak zhardział85 od chwili, gdy diabła widział na własne oczy i czarownicom służył za wierzchowca.
Spotkawszy Józia Harpera, Benia Rogersa i kilku innych chłopców ukrytych w zapuszczonym sadzie, popłynęliśmy z nimi łódką ku wąwozowi odległemu na jakieś dwie i pół mili. Tu, w krzakach, Tomek odebrawszy od nas przysięgę, że dochowamy tajemnicy, pokazał nam rozpadlinę wiodącą w głąb wzgórza, a ukrytą w najgęstszych zaroślach; zapaliwszy świece, wczołgaliśmy się wewnątrz na czworakach do obszernej jaskini, Tomek zaś, będący na przedzie, wrócił pod ścianę i znikł niebawem w otworze tak ukrytym, że nikt nie zauważyłby tam dziury. Poszliśmy wszyscy jego śladem, a po przejściu przez wąziutki korytarzyk znaleźliśmy się w małym niby pokoiku, wilgotnym i zimym. Tomek powiada:
— No! Teraz utworzymy bandę rozbójników i nazwiemy ją bandą Tomka Sawyera. Każdy, kto chce do niej należeć, niech złoży przysięgę i podpisze krwią swoje nazwisko.
Zgoda była ogólna i ochocza.
Tomek wydostał więc arkusz papieru, na którym poprzednio napisał był przysięgę i przeczytał ją głośno. Każdy z chcących należeć do bandy zobowiązywał się, że święcie dochowa wszystkich tajemnic.
Gdyby któryś z członków bandy zdradził jej tajemnicę, czekała go za to kara ścięcia, po czym jego trup miał być spalony, popioły rzucone na wiatr, jego imię wykreślone krwią ze spisu członków. Pozostałym wzbraniało się wymawiać imię zdrajcy, które miało być uroczyście przeklęte, a potem na wieki zapomniane.