— A czy się stało co złego?
— A tobie co do tego? — wrzasnął król. — Pilnuj własnego nosa i własnych interesów, jeśli masz jakieś. Rozumiesz?!
— Trzeba trzymać język za zębami — rzekł do księcia — i nikomu nie mówić słowa. Na wekslu jest podpis nabywcy, przez niego trafimy do Czarnych. Tymczasem ani mru-mru... Nikomu!
Schodzą z drabiny, a książę znów, niby z uśmiechem, rzecze:
— Prędko się sprzedało i niewiele zarobiło. Zawsze tak bywa!...
— Chciałem zrobić jak najlepiej — odciął się król ze złością. — Wiedziałaś przecież, że nam pilno. Jeżeli grozi nam strata... której zresztą może zapobiegnę, czyja w tym wina? Tak samo twoja, jak i moja!
— Gdybyś był słuchał mojej rady, to Czarni byliby jeszcze tu, a my już nie.
Król znów coś na to odburknął, i nawet głośniej, niż tego wymagała ostrożność, po czym złajał mnie za to, że mu natychmiast nie powiedziałem o Czarnych wychodzących z jego pokoju, i na końcu zwymyślawszy samego siebie od ostatnich, dodał:
— Wszystko dlatego, że odmówiłem sobie należytej wygody i wstawałem za wcześnie. Diabła zjem, jeżeli to kiedyś uczynię.