Jim wyszedł z zarośli uradowany z mego powrotu, ale gdy ujrzałem jego postać w świetle błyskawicy, tak się przestraszyłem, że odskoczywszy parę kroków w tył, upadłem na wznak w wodę. Zapomniawszy, że Jim jest królem Learem i Arabem topielcem w jednej osobie, straciłem przytomność na jego widok. Ale Jim podskoczył ku mnie, podniósł jak dzieciaka i tak był uszczęśliwiony z mego powrotu, że chciał mnie całować, ściskać i winszować pozbycia się nieproszonych gości.

— Nie teraz, nie teraz — zawołałem. — Schowaj czułości na śniadanie. Odcinaj tratwę i płyńmy! Płyńmy!

Po paru sekundach byliśmy już na rzece. Ach, jak szczęśliwy się czułem, że znów jesteśmy sami, że nikt nam nie rozkazuje. Z radości nie mogąc wytrzymać, podskoczyłem sobie parę razy, wywróciłem trzy kozły, ale gdy się zabierałem do czwartego, słyszę w dali aż nadto dobrze znany mi odgłos. Wstrzymuję oddech... Słucham... Czekam... I cóż. Błysnęło porządnie, patrzę: oni. Znów oni! Wiosłują w naszą stronę obydwaj: król i książę!

Dałem więc spokój figlom, zaniechałem czwartego koziołka i rzuciłem się na deski jak długi, ledwo mogąc powściągnąć łkanie.

Rozdział XXX

Król „wziął się”. — Kłótnia. — Kochanie.

Ledwie wstąpiwszy na tratwę, król zaraz wziął mnie za kołnierz i trzęsąc jak gruszą, zawołał:

— Zachciało ci się uciec od nas? Co, szczeniaku? Znudziło ci się nasze towarzystwo, co?

A ja mu na to:

— Nie, wasza królewska mość, nie znudziło!