— Nie, nie, nie! Aż mnie pani sama poprosi.
Nie zwlekając dłużej, poprosiła go, żeby pozwolił jej się pocałować, wycałowała go też i wyściskała raz, drugi, dziesiąty i dopiero wtedy oddała go swemu mężowi, żeby się zadowolnił resztkami. A gdy się wszyscy nieco uspokoili, ciocia Salcia mówi:
— Ależ to niespodzianka! Oczekiwaliśmy Tomka, ale żebyś ty także miał przyjechać?... Siostra nigdy nawet nie wspomniała o tym, pisząc do mnie.
— Dlatego — tłumaczy Tomek — że z początku miano zamiar tylko Tomka wyprawić do wujostwa, ale ja tak prosiłem, że w ostatniej chwili mama i mnie pozwoliła pojechać! Wtedy, na statku już, przyszło nam do głowy urządzić taką niespodziankę, że Tomek pokaże się tu i nic o mnie nie powie, a ja zaczekam parę godzin i przyjadę później, udając obcego. Ale nam się nie udał figiel, ciociu. Nie bardzo tu radzi obcym...
— Takim jak wy, nicponie — dokończyła ciocia — warto by was za uszy wytargać! Do tej pory jeszcze nie mogę do siebie dojść, tak się zirytowałam na ciebie. Ale mniejsza już o to, mniejsza... Dziesięć razy pozwolę wam tak zażartować z siebie, byle tylko mieć was tutaj, chłopaki. No, nie ma co mówić, udała ci się komedia! Oj, psotniku, psotniku! Przychodzi sobie i całuje mnie bez ceremonii, jakby chleb z masłem połykał.
Siedliśmy do stołu w szerokim, otwartym przejściu, łączącym kuchnię z domem. Stół zastawiony był tak obficie, że siedem razy tyle osób mogło się najeść do syta, a wszystkie potrawy gorące. Nie było ani jednego z tych zimnych, łykowatych mięs, co to leżały na półce w wilgotnej spiżarni całą noc, żeby nazajutrz rano przypomnieć smakiem potrawkę ze starego ludożercy. Wujaszek Silas odmówił przed jedzeniem długą modlitwę, wzywając przy zastawionych potrawach błogosławieństwa Bożego; przynajmniej, że miał Pan Bóg co błogosławić.
Całe popołudnie toczyła się ożywiona rozmowa, w której Tomek i ja braliśmy niemały udział. Nastawialiśmy pilnie ucha, czy czasem nie wspomni ktoś o zbiegłym i pojmanym Czarnym, ale nadzieja nas zawiodła, my zaś baliśmy się poruszać tego tematu. Wreszcie wieczorem, przy kolacji, odzywa się jedno z dzieci:
— Tato, czy Tomek, Sid i ja możemy pójść na przedstawienie?
— Nie — odpowiada wujaszek. — Przypuszczam, że go nie będzie, a choćby i było, tobym wam nie pozwolił pójść. Ten zbiegły Czarny, niedawno do mnie przyprowadzony, opowiadał o strasznej niesławie tych przedstawień, więc Buston, nasz sąsiad, postanowił podburzyć miasto i okolicę do wyświęcenia tych bezczelnych gorszycieli. Sądzę, że to się już stało.