Mąka, sypiąc się przez dziurę, ubieliła ścieżkę od samego domu aż do jeziorka. Rzuciłem tam jeszcze tatka osełkę do ostrzenia nożyka, niby przypadkiem upuszczoną. Wtedy dopiero, zebrawszy brzegi dziur i związawszy je sznurkiem, razem z piłą odniosłem do łodzi.

Tymczasem już się ściemniło: wyprowadziwszy więc łódź z zatoczki, zatrzymałem się w cieniu drzew u brzegu z zamiarem czekania na księżyc. Dla bezpieczeństwa uwiązałem nawet łódź u drzewa, a sam, podjadłszy trochę, zapaliłem fajeczkę i usiadłem w łodzi dla obmyślenia dalszego planu.

Szukając mnie, będą szli do brzegu po śladzie zakrwawionego worka z kamieniami. Na trawie zgubią ślad, lecz znajdą drugi, usypany mąką, a prowadzący do jeziorka. Pomyślą więc: „Aha! Był tu rozbójnik. Chłopca zabił, zabrał, co się dało, a przez jezioro uciekł strumykiem”. Nie znalazłszy moich zwłok w rzece, dadzą spokój poszukiwaniom. Doskonale, mogę teraz robić, co chcę, i płynąć, gdzie mi się podoba.

Popłynę sobie na Jackson’s Island121, tam mi będzie dobrze. Całą wysepkę znam na wylot; wiem, że nikt tam nie bywa. Nocami mogę robić wycieczki do miasta, pomyszkować to tu, to tam i zdobyć, co mi potrzebne. Tak! Nie ma dla mnie lepszego schronienia, płynę na Jackson’s Island!

Okrutnie zmęczony, sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziwszy się, nie mogłem zdać sobie na razie sprawy, gdzie jestem: usiadłem więc i rozglądałem się naokoło, wszystko mi się wydawało dziwne i straszne. Jak okiem sięgnąć, wszędzie tylko woda i woda. Księżyc świecił tak jasno, że mogłem policzyć, z ilu bali składa się tratwa, płynąca równo, cicho i prędko środkiem rzeki.

Przeciągnąwszy się raz i drugi, miałem już odwiązać łódź i popłynąć, gdy usłyszałem gdzieś w oddali na rzece majaczenie niewyraźnych głosów. Po jakiejś chwili rozległy się głuche, ale wyraźniejsze, miarowe uderzenia wioseł. Wyjrzawszy ostrożnie przez gałęzie, widzę, że od przeciwnego brzegu duża, piękna łódź podpływa ku mnie coraz bliżej. Kto tam wie, ilu jest na niej ludzi? Dużo unieść by mogła... Gdy prawie zrównała się ze mną, dojrzałem tylko jednego wioślarza. Może tatko? — myślę, choć nie przypuszczałem, żeby on. Zatrzymawszy się o kilkadziesiąt kroków ode mnie, ze środka rzeki skręca do brzegu... Już jest tak blisko, że końcem lufy mógłbym dotknąć wioślarza... To tatko! Z pewnością on! Nie dostrzegł mnie, ale trzeźwy zupełnie, widać to ze sposobu wiosłowania i z całej postawy.

Nie traciłem więc czasu. Po paru minutach płynę już cichutko w dół rzeki, trzymając się ciągle zacienionego brzegu. Gdy przebyłem z półtrzeciej122 mili, popchnąłem się ku środkowi rzeki, wiedząc, że niezadługo napotkam łódź przewozową, przed ranem płynącą do miasta. Ułożywszy się na dnie czółna, pozwoliłem mu płynąć z wodą wśród drzew unoszonych przez fale.

Paląc fajkę, patrzyłem na niebo bez jednej chmurki. Jak też ono głębokie się zdaje, gdy na wznak leżąc, patrzysz w nie wśród jasnej nocy księżycowej! Nie wiedziałem o tym dotychczas. A jak daleko głos się rozchodzi w takie noce! Wybornie słyszałem słowa ludzi płynących do miasta na targ. Ktoś mówił, że dnia już przybyło, a noce krótsze; ktoś inny odpowiedział, że ta noc do krótkich nie należy. Dowcipkując, śmiali się wszyscy. Łódź oddalała się z każdą chwilą i już nie mogłem dosłyszeć słów, lecz tylko coraz niewyraźniejsze głosy.

Woda niosła mnie ciągle i doniosła. Podnoszę się, patrzę: przede mną Jackson’s Island o jakieś dwie mile (angielskie) w bok od głównego prądu rzeki. Stoi na wodzie, starodrzewu pełna, ciemna, wielka, podobna do parowca bez świateł. Jej brzeg ostro wrzyna się w wodę, ale teraz nie widać występu: cały zalany.