— I cóż było?

— Nic nie było. Ani mnie, ani Balaamowi nikt nie dał centa. Nigdy już nie oddam pieniędzy bez dostatecznej pewności. „Za grosz — sto odbierzesz”, mówił ksiądz. Od kogo? U kogo się będę upominał? Żebym choć odzyskał te dziesięć centów!

— E! Mniejsza o to. Przecież znów będziesz bogaty.

— No, prawdę rzekłszy, już jestem, sam będąc swoim właścicielem; a wartość moja to osiemset dolarów. Chciałbym posiadać te pieniądze.

Rozdział IX

Grota. — Pływający dom. — Dobra zdobycz.

Zachciało mi się pójść w głąb wyspy, aby obejrzeć jedno miejsce, które widziałem przy jej pierwszym zwiedzaniu. Dotarliśmy tam wkrótce, bo wyspa miała co najwyżej trzy mile długości, a zaledwie ćwierć mili szerokości.

Miejsce, które sobie dobrze zapamiętałem, to był dość długi i bardzo stromy pagórek, rodzaj wału wysokiego na czterdzieści stóp. Niełatwo nam przyszło wdrapać się na przełęcz, tak boki były spadziste i tak gęsto zarosłe różną krzewiną. Obejrzeliśmy jednak dokładnie sam grzbiet i boki i na tym od strony Illinois, pod samym prawie wierzchołkiem, znaleźliśmy przestronną grotę. Obszerna jak trzy pokoje razem wzięte, a tak wysoka, że Jim, chłop dobrego wzrostu, mógł w niej stanąć wyprostowany. Chłodno tam było, ale sucho. Jim radził, ażeby tu poznosić nasze rzeczy, lecz ja się opierałem temu, nie chcąc ciągle włazić na górę i schodzić z niej.

Jim był zdania, że gdybyśmy ukrywszy łódkę, rzeczy nasze znieśli do groty, mielibyśmy schronisko przed deszczem i przed ludźmi.

Więc niezadługo nastąpiły nasze przenosiny. Na haczykach wędek, wczoraj założonych, znalazły się ryby, zdjąłem je, nastawiłem znów wędki, a zdobycz ugotowałem na obiad.