Jim spał w najlepsze. Budząc go, wołam:
— Zbieraj się, Jim... Prędzej! Nie mamy chwili do stracenia... Szukają nas!
Jim nie pytał o nic, ale ze sposobu, w jaki się uwijał, widać było, że go przeraziły moje słowa. W przeciągu pół godziny zdążyliśmy złożyć na tratwie całe nasze mienie i wyprowadzić z zatoczki, nie zapomniawszy, ma się rozumieć, wygasić ogień do szczętu.
Odepchnąwszy od brzegu tratwę, do której była przymocowana łódź, trzymając się cienia rozpostartego na wodzie przez gałęzie drzew nadbrzeżnych, daliśmy się unieść prądowi i opuściliśmy wyspę.
Rozdział XII
Powolna żegluga. — Pożyczanie. — Na pokładzie tonącego parowca. — Zbrodniarze. — To się sprzeciwia moralności. — Nie ma tratwy!
Musiało być już koło pierwszej, gdy wyspa znikła nam z oczu, a jednak gotów byłem przysiąc, że tratwa stoi na miejscu, tak się nam czas długim wydawał. Gdybyśmy byli spotkali kogokolwiek, bylibyśmy natychmiast skoczyli do łodzi i uciekli na brzeg Illinois. Dobrze się jednak stało, że nie zaszła potrzeba ucieczki, gdyż nie włożyliśmy do łodzi ani strzelby, ani wędki, ani czegokolwiek do jedzenia. Strach nie pozwalał myśleć o tylu drobiazgach naraz.
Gdyby nas ktoś naprawdę szukał na wyspie, to byłby najpierw pośpieszył do ognia, który roznieciłem naprzeciw Missouri, i przez to samo przeoczyłby nas, płynących odnogą od stron Illinois. Jeżeli nikt nas nie szukał i mój ogień nikogo nie wywiódł w pole, to już nie moja wina. Zrobiłem, co mogłem, żeby spłatać figla amatorom trzystu dolarów.
Gdy już zaczynało świtać na niebie, zatrzymaliśmy się w pobliżu piaszczystej ławicy145, leżącej nieopodal brzegu Illinois, na zakręcie rzeki. Ławica była gęsto porosła krzakami bawełny, narąbawszy więc gałęzi, pokryliśmy nimi całą tratwę.