Na wszelki wypadek piszę do ciebie ten list i przywiązuję go do kamienia. Być może zdołam któregoś dnia przerzucić go przez mur, a jakiś wieśniak go podniesie.

Ale nie martw się. Obchodzą się tu ze mną z wielkim szacunkiem.

Twój stary, kochający cię i smutny, że ci sprawia tyle zmartwienia, ojciec.

BEAUTRELET

Izydor zaraz spojrzał na stempel pocztowy. Nosił napis: „Cuzion, Indre”.

Indre? Departament, który tak zaciekłe przetrząsał od tygodni!

Zajrzał do małego przewodnika, który miał zawsze przy sobie. Cuzion, kanton Eguzon. Tak, tam też był.

Dla ostrożności wyzbył się swej angielskiej osobowości, którą zaczęto już znać w okolicy, przebrał się za robotnika i udał się w kierunku Cuzion. Była to niewielka wieś. Łatwo mu będzie odnaleźć nadawcę listu.

Zaraz zresztą sam los mu dopomógł.

— List wysłany w zeszłą środę?... — zawołał mer, zacny obywatel, któremu Izydor się zwierzył i który oddał się na jego usługi. — Ależ panie, sądzę, że udzielę cennej wskazówki... W sobotę rano ojciec Charel, stary szlifierz, który włóczy się po wszystkich jarmarkach departamentu, ojciec Charel, napotkawszy mnie na końcu wsi, zapytał mnie: „Panie merze, czy list, który nie ma znaczka, też zostanie przesłany?” — „Ależ tak!” — „I dojdzie?” — „Dalibóg, tylko trzeba dopłacić i tyle”.