Weszli na drugie piętro i dotarli do początku wyścielonego dywanem korytarza.
— Na prawo — szepnął Valméras — czwarty pokój po lewej.
Wkrótce znaleźli drzwi do tego pokoju. Jak tego się spodziewali, więzień był zamknięty na klucz. Musieli poświęcić pół godziny, pół godziny przyciszonych wysiłków, żeby otworzyć. W końcu weszli.
Beautrelet po omacku odszukał łóżko. Jego ojciec spał.
Zbudził go łagodnie.
— To ja, Izydor... i mój przyjaciel... nie bój się... Wstań, ani słowa...
Ojciec ubrał się, lecz wychodząc, szepnął do nich:
— Nie jestem sam w zamku...
— Ach, któż? Ganimard? Sholmes?
— Nie... przynajmniej ja ich nie widziałem.