— Ach, do kroćset! — krzyknął Beautrelet.
— Co takiego?
— Wyrwane! Dwie kartki! Dwie następne kartki!... Niech pan zobaczy ślady!...
Trząsł się, rozwścieczony rozczarowaniem. Massiban nachylił się.
— Prawda... Zostały strzępki z dwóch kartek. Ślady, zdaje się, dosyć świeże. Tego nie wycięto... to wydarto... wydarto gwałtownie... Niech pan spojrzy, wszystkie końcowe kartki zostały pogniecione.
— Ale kto? Kto? — jęczał Izydor, załamując dłonie. — Służący? Czy jakiś wspólnik?
— Mimo wszystko mogło się to zdarzyć przed kilkoma miesiącami — zauważył Massiban.
— No dobrze... dobrze... ale przecież ktoś musiał wyszperać, musiał mieć tę książkę!... Panie — zawołał Beautrelet, zwracając się do barona — czy pan nic o tym nie wie?... Nie podejrzewa pan nikogo?...
— Możemy spytać się mojej córki.
— O tak... Może ona będzie wiedziała...