— Zabranie rannego, dalibóg!

— Jak to, więc pan sądzi?...

— Czy sądzę? Toż to niezachwianie pewne. Przyszło mi to do głowy dziesięć minut temu... Ale jestem głupcem, że wcześniej o tym nie pomyślałem. Złapalibyśmy ich wszystkich.

Quevillon tupał w nagłym przystępie wściekłości.

— Lecz którędy, na miły Bóg, którędy oni przeszli? Którędy go zabrali? A on, gałgan, gdzie on się ukrywał? Bo przecież jak, tłukliśmy się po tym terenie przez cały dzień, a człowiek nie ukryje się w kępce trawy, zwłaszcza gdy jest ranny. To czyste czary, ta cała historia!...

Nie była to ostatnia niespodzianka oczekująca sierżanta Quevillona. O świcie, kiedy weszli do oratorium, które służyło jako cela dla młodego Izydora Beautrelet, stwierdzono, że młody Izydor Beautrelet zniknął.

Na krześle, zgięty w pół, spał posterunkowy.

Obok niego stała karafka i dwie szklanki. Na dnie jednej z nich widać było trochę białego proszku.

Po zbadaniu sprawy stwierdzono najpierw, że młody Izydor Beautrelet podał posterunkowemu środek nasenny, następnie, że nie mógł uciec inaczej, jak tylko przez okno, znajdujące się na wysokości dwóch i pół metra, i wreszcie, czarujący szczegół, że nie mógł się dostać do tego okna inaczej, niż po grzbiecie swego dozorcy.

Rozdział II. Izydor Beautrelet, uczeń klasy maturalnej