W końcu sędzia śledczy mruknął:
— Należałoby zasięgnąć opinii pana de Gesvres.
A Ganimard potwierdził:
— Tak, należałoby zasięgnąć jego opinii.
Kazali zaprosić hrabiego do salonu.
Było to prawdziwe zwycięstwo młodego licealisty. Zmuszenie dwóch zawodowców, jak panowie Filleul i Ganimard, do wzięcia pod uwagę jego hipotezy była to chluba, którą każdy inny byłby się pysznił. Ale Beautrelet wydawał się niewrażliwy na te drobne satysfakcje miłości własnej i czekał spokojnie, uśmiechając się bez cienia drwiny.
Wszedł pan de Gesvres.
— Panie hrabio — zwrócił się do niego sędzia śledczy — tok naszego dochodzenia stawia nas przed ewentualnością całkowicie nieprzewidzianą, którą panu podajemy z wszelkimi zastrzeżeniami. Jest możliwe... powtarzam: jest możliwe, że złoczyńcy, wdzierając się tutaj, mieli zamiar zrabować pańskie cztery obrazy Rubensa... a przynajmniej zastąpić je czterema kopiami... kopiami, które wykonał rok temu niejaki malarz Charpenais. Czy byłby pan tak uprzejmy, żeby oglądnąć dokładnie te obrazy i powiedzieć nam, czy uważa je pan za prawdziwe?
Hrabia zdawał się tłumić gest sprzeciwu. Spojrzał na Izydora Beautreleta, potem na pana Filleul, po czym odpowiedział, nie zadając sobie nawet trudu zbliżenia się do obrazów:
— Miałem nadzieję, panie sędzio śledczy, że prawda pozostanie nieznana. Ponieważ jest inaczej, nie waham się oświadczyć, że te cztery obrazy są fałszywe.