— Nie.

— Czy odkrył pan ślady trzeciego wspólnika, który zniknął przed przybyciem panien?

— Nie.

— A więc nic już nie rozumiem... Któż jest zatem zabójcą Jana Daval?

— Jana Daval zabił...

Beautrelet przerwał, zamyślił się na chwilę i zaczął mówić dalej:

— Lecz najpierw muszę panom pokazać drogę, po której doszedłem do tej pewności, i same przyczyny mordu... bez czego oskarżenie moje wydałoby się panom potworne... A ono nie jest potworne... ono wcale nie jest potworne... Istnieje pewien szczegół, którego nie zauważono, a który jednak jest ogromnie ważny, mianowicie to, że Jan Daval w chwili, w której został ugodzony, miał na sobie całe ubranie, łącznie z butami. Słowem, był ubrany tak, jak w biały dzień, w kamizelkę, kołnierzyk, krawat i szelki. Otóż zbrodnię popełniono o czwartej rano.

— Zauważyłem ten dziwny fakt — rzekł sędzia śledczy. — Pan de Gesvres powiedział mi, że Jan Daval spędzał część swych nocy przy pracy.

— Służba twierdzi przeciwnie, że stale kładł się spać bardzo wcześnie. Lecz przypuśćmy, że nie spał: dlaczego rozburzył pościel, jakby chciał wzbudzić przekonanie, że spał? A jeśli spał, dlaczego słysząc hałas, zadał sobie trud, żeby ubierać się od stóp do głów, zamiast narzucić na siebie cokolwiek, co było pod ręką? Oglądnąłem jego pokój pierwszego dnia, kiedy panowie jedliście obiad: jego pantofle stały przy łóżku. Co go powstrzymało, żeby je założyć zamiast ciężkich, podkutych butów?

— Jak dotąd nie widzę...