— Ani przez chwilę! Jest na niej jego marka. Sprawka Lupina odróżnia się od każdej innej, jak twarz od twarzy. Trzeba tylko otworzyć oczy.
— Co pan mówi... Co pan mówi...— powtarzał pan Filleul.
— Co mówię! — zawołał młody człowiek. — Niech pan zauważy tylko ten mały fakt: pod jakimi inicjałami korespondują ci ludzie między sobą? A. L. N. to po prostu pierwsza litera imienia Arsène i pierwsza i ostatnia nazwiska: Lupin.
— Ach! — rzekł Ganimard. — Nic nie umknie pańskiej uwagi. Daję słowo, zuch z pana i stary Ganimard składa przed panem broń.
Beautrelet zarumienił się z radości i ścisnął dłoń, którą wyciągnął do niego naczelny inspektor.
Trzej mężczyźni zbliżyli się do balkonu i skupili wzrok na ruinach. Pan Filleul mruknął:
— Więc on byłby tam.
— On tam jest — rzekł Beautrelet głucho. — Jest tam od chwili, w której padł. Logicznie i praktycznie rzecz biorąc, nie mógł wymknąć się niedostrzeżony przez pannę de Saint-Véran i dwóch służących.
— Jaki pan ma na to dowód?
— Dowód... Dali go jego wspólnicy. Tego samego ranka jeden z nich przebrał się za woźnicę i przywiózł pana tutaj...