Och, jacy liczni!... Gdy odchodziłam, zbiegali się ludzie z przedmieścia... Nałożyli kawał drogi...
STARZEC
A jednak przyjdą... Widzę ich także... Idą łąkami... Wydają się tak mali, że wśród trawy ledwie ich dostrzec można... Można by myśleć, że to dzieci bawiące się przy blasku księżyca... Gdyby ich one spostrzegły, nie odgadłyby pewnie... Cóż z tego, że odwrócone tyłem do przybywających?... Tamci zbliżają się krok za krokiem, a od dwóch godzin nieszczęście wzrasta i wzrasta. Nie są w stanie przeszkodzić, by nie rosło... Ci zaś, co niosą, wstrzymać go nie są w mocy. Ono ich panem, więc służyć mu powinni... Śpieszy do celu po wytkniętej drodze... Nie zna znużenia i jedno tylko ma na myśli... Oni zmuszeni są sił swoich mu użyczyć. Smutni, lecz idą... Litują się, lecz postępować muszą.
MARIA
Dziaduniu, starsza się już nie uśmiecha.
OBCY
Nie odchodzą od okien.
MARIA
Całują matkę...