— Nie rozumiem ciebie, Senderl. Nie wiem, co masz na myśli — odpowiedział zdumiony Beniamin.
— Sądzę — rzekł dobrodusznie Senderl — że skoro są jeszcze na świecie domy, to za jednym zamachem można do nich chodzić po prośbie. A jak postępują inni Żydzi? Jedni chodzą do drugich, po czym tamci chodzą znów do innych. Żydowska to przecież specjalność, pożyczać...
— Przypuszczalnie masz rację! — powiedział uradowany Beniamin. — W takim wypadku mogę powiedzieć, żem całkowicie gotów. Wyruszamy jutro o świcie, gdy wszyscy będą jeszcze spać. Nie wolno tracić czasu, to byłby grzech.
— Chcesz jutro, niech będzie jutro. Też mi zmartwienie.
— Jutro rano, skoro świt, Senderl, wymknę się po cichu z domu. Będę na ciebie czekał koło starego wiatraka. Nie zapomnij, Senderl, jutro o świcie. Pamiętaj! — powtórzył Beniamin i zamierzał odejść.
— Zaczekaj chwileczkę, Beniaminie — zatrzymał go Senderl. Poszperał w wewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył woreczek z wytartej skóry, opasany sznurkiem i zawiązany na dwadzieścia chyba supełków. — Zawartość tego skórzanego woreczka zdołałem uzbierać w ciągu całego mojego żywota pod panowaniem żony. Zacząłem zbierać od dnia ślubu. Czy to się przyda na początek?
— Zasłużyłeś, kochany, na tysiące pocałunków — powiedział Beniamin i serdecznie uścisnął Senderla.
— A żeby cię szlag trafił! Popatrzcie tylko, proszę was, na tę wielką miłość! Jak to się ściskają, jak się obejmują! A na środku izby stoi koza i obżera się kartoflami. Żeby cię robaki zjadły! — niespodziewanie usłyszeli krzyk.
Pochodził on od małżonki Senderla. Wydawała się cała jakby w płomieniach. Jedną ręką wskazywała na kozę, drugą przywoływała Senderla. Senderl ociągając się ruszył w kierunku izby. Podobny był do dziecka, które coś przeskrobało, a teraz oczekuje zasłużonej kary.
— Trzymaj się, Senderl. To już ostatni raz, pamiętaj, jutro skoro świt — tak mu szeptał do ucha Beniamin i jak kot wymknął się z izby.