— Czegoś zapomniał? Gdzieś zapomniał? — dopytywał się Senderl, jednocześnie chwytając torbę.
— W domu, Senderl, w domu zapomniałem.
— Co ci przyszło do głowy, Beniaminie? Wzięliśmy chyba wszystko, co jest potrzebne człowiekowi podczas wyprawy. Torba, uchowaj nas Boże od grzechu, jest. Tałes, tefilin i modlitewnik są. Kapota szabasowa też. I to chyba wszystko, ku chwale Najwyższego. Zabraliśmy wszystko. Co nas więcej może obchodzić? Co mogliśmy zapomnieć?
— To, o czym zapomniałem, ma ogromne znaczenie. Jest wprost niezbędne do życia. Oby tylko to skończyło się pomyślnie! Jeśli jednak, bo diabeł nie śpi, spotka nas ta przygoda, wtedy dopiero będziemy w stanie ocenić wartość tego, o czym zapomniałem. Zapomniałem mianowicie wychodząc z domu wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie z pewnej księgi opartej na starym rękopisie. Należy je wygłosić przed wyprawą w pobliżu rogatek. Daje ono absolutną gwarancję i pewne zabezpieczenie przed wszelkim niebezpieczeństwem. Chroni przed złymi spotkaniami. Teraz już wiesz.
— A może chcesz wrócić do domu? — zapytał prostodusznie Senderl.
— Zwariowałeś? Zmysły postradałeś? — zawołał Beniamin. Krew uderzyła mu do głowy, policzki zaś płonęły. — Czy wiesz, co oznacza powrót do domu? Po tylu trudach, po tylu milach już przebytych? Jak to wrócić? A świat? Co świat na to powie?
— Co ja słyszę. Mówisz o świecie, Beniaminie? A czy świat prosił cię, abyś wyruszył w podróż? Czy świat podpisał z tobą umowę i dał ci pieniądze na drogę?
— Akurat trafiłeś w sedno! — ironizował Beniamin. — A czy Aleksandra Macedońskiego proszono, aby wyprawił się do Indii i toczył tam wojnę? A tych wszystkich naszych Żydów podróżników może świat też prosił, aby wędrowali od miasta do miasta?
— Skąd ja mam o tym wiedzieć? — odpowiedział Senderl i uśmiechnął się. — Jeżeli chodzi o mnie, to zapewniam cię, że moglibyśmy siedzieć w domu. Wyszłoby to i nam, i całemu światu na dobre. Oj, poczciwcze, mój Aleksandrze Macedoński! W domu masz wszystko. Nie brak ci niczego. Siedzisz sobie zadowolony, szczęśliwy i tylko drapiesz się po brzuchu. Potrzebne ci jeszcze Indie do szczęścia, naiwniaku. Sydy doma, ta ne rypajsia61, mówi lud. A głos ludu, to, nie przymierzając, głos Gemary62. To znaczy zostać w domu i zajmować się swoją robotą. Komu potrzebne takie wędrowanie? Błąkanie się bez ładu i składu? Po co tracić zdrowie i, co najważniejsze, zdzierać buty? Powiadam ci, Beniaminie, jakem Żyd: gdybym spotkał kogoś takiego, z miejsca przytoczyłbym mu to przysłowie. Ale cóż ja plotę, zacytowałbym mu lepiej Gemarę.
Przez dłuższy czas nasi bohaterowie toczyli zawzięty spór, Senderl zadawał pytania, a Beniamin udowadniał mu, że nie ma wcale pojęcia o tych sprawach. Senderl przypominał konia, który przez długie lata wiernie służył swemu panu, gotów za nim pójść w ogień i wodę, aż raptem, pewnego dnia, ni z tego, ni z owego stracił zapał, stanął okoniem i za nic nie chciał ruszyć z miejsca. Choć weź i powieś się. Zabij się, ku uciesze wrogów Izraela. Beniamin nie znalazł bata, aby przekonać upartego Senderla. Ostrym językiem wiercił mu dziurę w brzuchu, zasypywał go gradem słów. Wreszcie Senderl zmiękł i stał się znowu potulnym konikiem. Nastawił uszu. Słuchał bacznie słów, które drążyły mu mózg i wreszcie, zgodnie ze zwyczajem, oświadczył: