Maszyna, przekręciwszy pierwsze zastałe fale, poszła równo, tysiącgłosym lwim rykiem i dzwonem napełniając puste sale Spimatu.

A na murach bram kremlowych...

Przez wycie i grzmot, i dzwony przedarł się sygnał samochodu i natychmiast Kalsoner powrócił przez główne wejście — Kalsoner wygolony, mściwy i groźny. W złowieszczym błękitnawym błysku zręcznie zaczął wchodzić po schodach. Włosy poruszyły się na głowie Korotkowa i, wykręciwszy się przez boczne drzwi, krzywymi schodami za organami, wybiegł na zasłane gruzem podwórze, a potem na ulicę. Jak w ucieczce, pobiegł ulicą, słuchając, jak w ślad za nim głucho huczał gmach Róży Alpejskiej:

Stał on w szarym surducie...

Na rogu dorożkarz, wymachując batem, wściekle szarpał klacz z miejsca.

— Boże! Boże! — burzliwie załkał Korotkow — znów on! Lecz cóż to jest?

Kalsoner brodaty wyrósł z jezdni przed dorożką, wskoczył do niej i zaczął walić dorożkarza w plecy, powtarzając cieniutkim głosikiem:

— Pędź! Pędź, łajdaku!

Klacz szarpnęła, zaczęła wierzgać kopytami, potem pod palącymi uderzeniami bata poniosła, napełniając turkotem ekwipażu ulicę. Przez burzliwe łzy Korotkow widział, jak zleciał lakierowany kapelusz dorożkarza, a spod niego rozleciały się w różne strony, wirując, banknoty. Chłopcy z gwizdaniem przemknęli za nimi. Dorożkarz, odwróciwszy się, w rozpaczy ściągnął lejce, lecz Kalsoner wściekle zaczął walić go w plecy z wrzaskiem:

— Jedź! Jedź! Ja zapłacę.