— Wyobraźcie sobie, wielu się zdumiewa — przemówił z niewłaściwymi akcentami — lecz wy nie myślcie, że ja mam cośkolwiek wspólnego z tym bandytą. O, nie. Gorzkie skojarzenie, nic więcej. Już podałem prośbę o zatwierdzenie mego nowego nazwiska: Socwosski. To znacznie piękniejsze i nie tak niebezpieczne. Zresztą, jeżeli panu nieprzyjemnie — mężczyzna obraźliwie wykrzywił usta — nie narzucam się. My zawsze znajdziemy ludzi. Nas szukają.

— Zlitujcie się, co wy — boleściwie wykrzyknął Korotkow, czując, że i tu zaczyna się coś dziwnego, jak i wszędzie. Obejrzał się wzrokiem szczutego zwierzęcia, obawiając się, że skądkolwiek wynurzy się ogolona twarz i łysina-skorupa, a potem dodał, jakby sukiennym językiem — bardzo jestem zadowolony, bardzo...

Pstry rumieniec ledwie wystąpił na marmurowym człowieku: delikatnie podnosząc rękę Korotkowa, pociągnął go ku stolikowi, przemawiając:

— I jam bardzo zadowolony. Lecz oto bieda, wyobraźcie sobie: nie mam nawet gdzie was posadzić. Trzymają nas w ciasnocie, nie zważając na całe nasze znaczenie — mężczyzna machnął ręką na rolki papieru. — Intrygi... No-o, my rozwiniemy się, nie niepokójcie się... Hm... Czymżeż wy uradujecie nas nowym? — łagodnie spytał bladego Korotkowa — Ach, tak, przepraszam, przepraszam tysiąckrotnie, pozwólcie zaznajomić was — wytwornie machnął ręką w kierunku maszynki: Henrieta Potapowna Piersimfans.

Kobieta natychmiast uścisnęła chłodną ręką Korotkowa i popatrzyła na niego mdlejącym wzrokiem.

— I tak — słodko ciągnął gospodarz — czymżeż wy nas uradujecie? Felieton? Szkice? — przewróciwszy białe oczy, przeciągnął — nie możecie sobie wyobrazić, do jakiego stopnia są one nam potrzebne.

„Caryco niebieska... co to takiego?” — jak w mgle pomyślał Korotkow, potem przemówił, kurczowo chwytając powietrze:

— U mnie... e... zaszło coś strasz-nego. On... Ja nie rozumiem. Nie pomyślcie, na miłość boską, że to halucynacja... Khm... ha... hha... — Korotkow spróbował roześmiać się sztucznie, lecz to mu się nie udało. — On jest żywy. Zapewniam was... lecz ja nic nie rozumiem, to z brodą, a po minucie bez brody. Wprost nie rozumiem... głos zmienia... Oprócz tego ukradli mi dokumenty wszystkie, co do jednego, a domowy, jak na grzech, umarł! Ten Kalsoner...

— Takiem ja i wiedział9 — zawołał gospodarz — to oni?

— Och, mój Boże, no, rozumie się — odezwała się kobieta — ach, ci straszni Kalsonerzy.